czwartek, 13 września 2012

Top movies

Dziś przedstawię wam swoje filmowe perełki. Mój gust jeżeli chodzi o kino ostatnio bardzo ewoluował. To pewnie sprawka emocjonalnego dojrzewania. Jeszcze kilka lat temu lubiłem sensacyjne, wybuchowe odmóżdżacze. Dziś bardziej interesuje mnie scenariusz i przesłanie aniżeli jatka i efekty. Nie żebym był miłośnikiem niszowego, psychologicznego kina ale wolę coś co pozostaje w głowie nieco dłużej. Postaram się wam przedstawić swoje ulubione dzieła. Kolejność przypadkowa. Polecam wszystko co znajdzie się poniżej.

1. Obcy (Alien). Szczególnie część druga i trzecia choć pierwsza i czwarta też nie jest słaba. Film jak żaden inny pokazuje walkę z ohydnym, kosmicznym i co gorsza niemalże doskonałym złem. Mrok, muzyka i klaustrofobiczny klimat długo nie potrafią wyjść z głowy. Do tego dochodzą świetne efekty i akcja. Fani mrocznej fantastyki po prostu muszą to obejrzeć.
2. Szeregowiec Ryan (Saving Private Ryan). Jeden z najlepszych  filmów wojennych w historii kina. Może scenariusz nie jest zbyt ambitny ale cała reszta - realizm, zdjęcia, muza, aktorstwo, montaż, efekty nie mają sobie równych. Epicki majstersztyk pokazujący okrucieństwo wojny i jej niszczący wpływ na ludzką psychikę. 
3. Batman i Powrót Batmana (Batman, Batman Returns). Pierwsze, naprawdę dobre opowieści o człowieku-nietoperzu. Nowe spojrzenie na tego komiksowego bohatera (w reżyserii Ch. Nolana) mnie osobiście się nie podobają. Kocham te autorstwa T. Burtona. Gotycki  i lekko groteskowy klimat, wspaniała muzyka i charyzmatyczne postacie (J. Nicholson w roli Jokera, D. DeVito jako człowiek-pingwin czy M. Pfeffifer jako kobieta-kot). 
4. Efekt motyla (Butterfly effect). Film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Opowieść o konsekwencjach grzebania w przeszłości. O tym że ingerencja w to co było może bardzo źle wpłynąć na to co będzie. Wszystko to owiane nieco fantastyczną i schizofreniczną otoczką. Ciekawe i zaskakujące. Brawa za pomysł.
5. Jeździec bez głowy (Sleepy Hollow). Mroczna, fantastyczna i pełna czarnego humoru historia o tajemniczym zabójcy i tropiącym go inspektorze. Atutem filmu jest scenografia, muzyka i genialny klimat. Kto lubi opowieści osadzone na przełomie XVII i XIX wieku (obskurne zamglone wiochy, lasy, gotyckie budowle, barwne, wiktoriańskie) też powinien to obejrzeć. 
6. Lista Schindlera (Schindler's List). Tego filmu raczej nie trzeba reklamować. Nakręcona w Polsce, nagrodzone 7 oscarami arcydzieło Spielberga powinien obejrzeć każdy Polak i Żyd. To oparta na faktach opowieść o niemieckim biznesmenie który w czasie wojny postanawia ratować żydów. Jak żadna inna pokazuje tragedię narodu żydowskiego w latach 1939-45. Mocno, sugestywnie i dosadnie przedstawia okrucieństwo nazistów, likwidacje gett, cierpienie w obozach, ciągły strach, głód, zezwierzęcenie i śmierć na każdym kroku. Całość podkreśla nastrojowa muzyka (gł. smyczki) i czarno biały obraz (tylko niektóre elementy są kolorowe np. czerwona sukienka małej dziewczynki). 
7. Fan (The fan). Jeden z lepszych filmów zmarłego kilka tygodni temu Tony'ego Scotta. Rzecz o fanatycznym miłośniku baseball'a mającym problemy rodzinne oraz zawodowe. Postanawia on "pomóc" swojemu ulubionemu piłkarzowi w karierze. Gdy ten nie wyraża wdzięczności postanawia go "nauczyć" szacunku i przejmowania się fanami. Jedna z lepszych ról R. De niro. 
8. Dzień świra. Kultowy obraz Marka Koterskiego. Ukazuje jeden dzień z życia sfrustrowanego polonisty. Wybitna tragikomedia w której każdy ujrzy siebie samego. Swoje zboczenia, nawyki, i wady. Daje do myślenia. Sprawia że najpierw się śmiejemy a potem płaczemy. Ten film to lustro postawione przed nami. Portret naszego społeczeństwa, realiów. 
9. Braveheart - Waleczne serce (Braveheart). Epickie historyczno-kostiumowe dzieło opowiadające o wojnie szkotów z anglikami pod koniec XIII wieku. Rozmach, wielkie, brutalne bitwy, piękne plenery, poświęcenie, miłość  i wybitny przywódca pragnący wolności dla swojej ojczyzny. Czego chcieć więcej. 
10. Mucha (The Fly). Mroczny horror opowiadający o naukowcu pragnącym stworzyć urządzenie do teleportacji. Obsesja i pragnienie sukcesu sprawia że postawia przetestować swój wynalazek na sobie. Pech sprawia że wraz z nim do urządzenia wchodzi nieproszony gość. Jako że system jest w stanie przenieść tylko jeden organizm postanawia połączyć głównego bohatera i jego "gościa" w jedną całość. Film jest momentami obrzydliwy. Jest przepełniony ciężką atmosferą, mrokiem i napięciem. Śledzimy losy bohatera, przeżywamy jego dramat i współczujemy mu mimo że z czasem staje się coraz bardziej zły. 
11. Blade 2 - Wieczny łowca (Blade 2). Druga część przeboju o pół człowieku i pół wampirze który walczy z krwiopijcami próbującymi zdominować świat. Akcja, bijatyki, strzelaniny, krew. Nie jest to ambitne ale ogląda się dobrze. Drugą część lubię najbardziej. Sporo w niej brutalności i czarnego humoru. Ciekawy jest też pomysł ukazania nowej razy wampirów.
12. Leon zawodowiec (Leon). Bardzo dobry film sensacyjny opowiadający o przyjaźni małej dziewczynki z płatnym zabójcą. Oboje próbują powstrzymać gliniarza-psychopatę którego pewnie sam szatan się obawia. 
13. Imię róży (The Name of the Rose). Kolejny majstersztyk którego nie można nie zobaczyć. Kultowa ekranizacja powieści Umberto Eco mówiącej o zabójstwach zakonników we włoskim opactwie i o śledztwie próbującym je wyjaśnić. To chyba najlepszy film o średniowieczu i inkwizycji. Ukazuje mroczną stronę kościoła i jego przedstawicieli. 
14. Siedem (Seven). Jeden z najlepszych thrillerów ostatnich lat. Rzecz o psycholu który brutalnie morduje osoby mające na sumieniu jeden z siedmiu grzechów głównych. Sporo tu symboliki, religii i odniesień do biblii. Na uwagę zasługuje sceneria (non stop leje deszcz, obskurne zaułki miejski) i świetne zakończenie. 
15. Equilibrium. Ciekawy thriller sci-fi o totalitaryzmie, zniewoleniu i traktowaniu ludzi przez władze jak marionetki. Przyszłość. W metropolii o nazwie Libria ludzie muszą za pomocą specjalnego leku tłumić emocje. Kto się na to nie zgadza jest szybko likwidowany przez oddziały policji politycznej. Pewnego dnia jeden z członków tejże policji pod wpływem spotkania z należącą do buntowników kobietą postanawia się zmienić. Odstawia lek i rzuca wyzwanie reżimowi. Film jest lekko matriksowy. Polecam. Na uwagę zasługują sceny walk i surowa architektura Berlina. 
16. Forrest Gump. Przejmujący komediodramat o człowieku który mimo iż urodził się lekko niedorozwinięty i z niedowładem nóg postanawia spełniać swoje marzenia. Kieruje się przy tym prostymi ale mądrymi i uniwersalnymi zasadami wpojonymi mu przez matkę. Jego losy przeplatają się z najważniejszymi wydarzeniami z historii USA. Forrest cały czas idzie pod wiatr ale się nie poddaje. Walczy o miłość, przyjaźń i pasje. 
17. Wywiad z wampirem (Interview with the vampire). Jeden z lepszych filmów o wampirach. Romantyczna choć nie pozbawiona goryczy, smutku i mroku historia przyjaźni dwóch różniących się charakterem wampirów. Kostiumy, aktorstwo, scenariusz, muzyka. To tylko niektóre atuty. Przekleństwo nieśmiertelności i potęga miłości. 
18. Upadek (Falling dawn). Film o tym jak postęp cywilizacyjny wpływa na nasze życie i naszą osobowość. O tym  jak ten postęp degraduje człowieka i jego relacje z innymi ludźmi. To także film o absurdach z jakimi mamy na co dzień do czynienia, frustracji (wywołanej np. drożyzną, korkami, zazdrością,  statusem społecznym)  i  skazanej na porażkę walce z tzw. systemem.
19. Egzorcyzmy Emily Rose (Exorcism of Emily Rose). Niepokojąca, oparta na faktach historia opętanej przez demony pobożnej studentki i księdza który próbuje jej pomóc. Akcja koncentruje się na procesie tego kapłana i retrospekcjach (przebieg egzorcyzmu i skutki opętania).
20.  Vanilla Sky. Tu jest mowa o bogatym kobieciarzu który zostaje potwornie okaleczony w wyniku wypadku spowodowanego przez zdradzoną przez niego kobietę. Po operacji się zmienia. Czuje że nie ma już kontroli nad swoim życiem. Mocną stroną obrazu jest złożony,  wymagający myślenia scenariusz oraz ciekawy finał.
21. Adwokat diabła (The Devil's advocate). Skutki próżności, chciwości, wyścigu szczurów, pracoholizmu. O smaku zakazanego owocu któremu trudno nam - ludziom się oprzeć. 
c.d.n. 

środa, 12 września 2012

Ewolucja wsteczna młodzieży polskiej

Czy mass media ogłupiają młodzież? Myślę że tak. Portale typu Pytamy.pl i Zadane.pl pękają w szwach.
Widać że zaczął się rok szkolny ponieważ na w/wym. serwisach roi się od próśb dotyczących zadań domowych. Młodziakom nie chce się pomyśleć nawet nad banalnie prostym tekstem, działaniem czy wierszem.
Ciekawe jak myśmy się uczyli nie mając kompa i neta. Jakoś szło. Aż mnie ciary przechodzą kiedy pomyślę że te pozbawione wartości, etyki, zasad i autorytetów szczeniaki będą "pracować" na nasze emerytury. Już pokolenie Y było marne ale kolejne jest jeszcze gorsze. Jeszcze bardziej zamknięte w szklanej kulce fejsa, mtv, bravo i pudelka.
Nawet mowa zanika. Liczy się emota (oznacza więcej niż 1000 słów), sms, news i fotka (najlepiej kontrowersyjna).
Zastanawiam się gdzie są rodzice?! Aż tak zapracowani że nie widzą że ich pociecha ma w dupie szkołę, nauczycieli i w ogóle dorosłych?! Kiedy oni dojrzeją emocjonalnie?!
Sami rodzice też mają problemy. Gdyby ich nie mieli to nie powstawałyby programy typu Superniania i Surowi rodzice (polecam - te dzieciaki nie wiedzą nawet jak ścierkę do kurzy trzymać). Co ciekawe najgorzej jest w tzw. dobrych domach. Jest kasa, są fury, wille ale nie ma najważniejszego - kontaktu z dzieckiem.
Ulubione tematy młodzieży to seks, fajki, lekkie dragi, browar, gry i internet. Zamiast przecinków pojawia się mięsista „kurwa”. Im jej więcej tym większy szacun grupy.
Mimo tego wszystkiego ci młodzi ludzie czasem czują się samotni. W sieci mamy mnóstwo tekstów o tym jak się zabić, zemścić, odbić faceta/laskę, zwalić konia, poderwać kogoś (tu chwalą się nawet 12-latki). Szczeniaki wydają się wszechwiedzące ale tylko do pewnego momentu i tylko w konkretnych, okrojonych dziedzinach. Kilka razy padało pytanie w stylu "nasienie mojego faceta spłynęło mi na majtki - czy w związku z tym mogę być w ciąży?" Bez komentarza.
Dlaczego mimo tylu zdobyczy techniki, zabezpieczeń oni wciąż są nieodpowiedzialni? Dlaczego najpierw myślą główką penisa a dopiero potem tą na karku? Skąd się bierze to zepsucie, demoralizacja i swego rodzaju ewolucja wsteczna (analfabetyzm, agresja, patologia, życie chwilą, brak pomysłu na siebie, lekceważenie rodziców, płytkie myślenie)?
Nie wiem czy wiecie ale współczesny nastolatek nie wie jak liczyć w pamięci. Bez excela i phona czuje się jak pozbawiony połowy mózgu inwalida. 70% życia toczy się w trybie online. Bo kto by chciał po przyjściu z budy gadać ze starymi albo czytać książkę?! Lepiej poklikać. Sieć kamufluje nasze wady, kompleksy, braki. Możemy się wykreować na herosa.
Dziś osoba w wieku 18 lat która nigdy TEGO nie robiła jest pośmiewiskiem getta. Naczelnym prawiczkiem/dziewicą. Im wcześniej się "zmoczy" tym lepiej.

Nie myślcie że jestem starym, konserwatywnym bucem myślącym jak jakiś nawiedzony katecheta. Kocham internet i zabawki ułatwiające życie. Po prostu uważam że należy z tego wszystkiego racjonalnie korzystać. Z umiarem i świadomością że świat realny jest lepszy niż ten internetowy. Mass media mają UZUPEŁNIAĆ nabytą przez nas wiedzę. Nie mogą całkowicie zastąpić mózgu. Umysł musi być ciągle pobudzany i trenowany bo inaczej zaniknie. Jak mięśnie u ludzi leżących lub poruszających się na wózkach. Chyba tego nie chcecie. Nie pozwólcie by waszym życiem rządził świat w monitorze. Nie bądźcie jego pieskami na krótkiej smyczy. To WY macie mu dyktować warunki i organizować czas. Spróbujcie też docenić zjawiska woku was: przyrodę, słońce, kontakt z żywą osobą, koncert ptaków, szum wiatru. Lato się kończy. Przed nami ponad pół roku ponurej szarości. Korzystajmy z ostatnich promieni słońca. Wbrew pozorom świat online jest bardziej szkodliwy niż real. Pod jego efektowną maską kryje się zdrada. 

czwartek, 23 sierpnia 2012

Victorinox czyli MacGyver w kieszeni

Z czym wam się kojarzy Szwajcaria? Z serem, zegarkami, bankami, frankami, pieniędzmi? A może ze scyzorykami? Nie wiem jak wy ale ja bym ten ostatni wyraz przesunął na pierwszą pozycję. 
Kto lubi jeździć na wycieczki, obozy, kolonie, do lasu ten pewnie wie że bardzo istotną rzeczą jest kieszonkowe, porządne narzędzie wielofunkcyjne. Takie z ostrzem, otwieraczem do butelek/puszek, piłką do drewna, pincetą i nożyczkami. Mówię oczywiście o scyzoryku. Każdy facet miał lub takowy ma. Jedni mają gorsze, a drudzy lepsze. Osobiście miałem dwa chińskie i szczerze mówiąc nie byłem z nich zadowolony. Korkociąg się łamał a okładziny szybko pękały. Aż pewnego dnia mój kumpel przyniósł do szkoły (jeszcze wtedy podstawowej) 13-sto funkcyjny scyzoryk z firmy Victorinox. Kto zna te markę ten nie musi dalej czytać. Natomiast ten kto jej nie zna powinien czym prędzej się z nią zapoznać. Ów nożyk był cudny. Połyskliwe, czerwone okładziny, lustrzane, bardzo ostre ostrza (goliły włosy) i logo przedstawiające tarczę z krzyżem w środku (nawiązanie do szwajcarskiej flagi). Zakochałem się w nim. Moje chińskie odpowiedniki mogły się schować. Victorinox przewyższał je pod każdym względem. Dopiero mając w rękach oba te modele zdałem sobie sprawę ile straciłem. Jako że miałem odłożoną z urodzin kasę postanowiłem podobny zakupić. Kosztował nie mało bo 60 zł. Niemniej jednak w przypadku noży tej firmy płaci się za jakość więc nie śmiałem dyskutować. Mam go do dziś. Nie musiał być ostrzony (nadal goli nogi:P). Nie zepsuł się. Nic nie odpadło. Nawet okładziny z celidoru mimo że kilka razy mi spadł. Przydaje się do otwierania butelek, puszek, odkręcania śrubek i setek innych rzeczy. 
Firma Victorinox powinna być główną wizytówką Szwajcarii. To istniejący od XIX wieku symbol perfekcji, jakości i klasy. Od dawna stawiają przede wszystkim na wytrzymałość, praktyczność i trwałość swoich wyrobów. Chyba nigdzie indziej nie ma tylu kontroli materiałów wytwórczych ile w Victorinoxie. Na początku firma produkowała noże jedynie dla swojego wojska. Zresztą nadal armia szwajcarska nosi przy sobie Victornoxy. Te "zabawki" wchodzą w skład podstawowego wyposażenia tamtejszego żołnierza. Dostawy są regularne. 
Z biegiem lat szwajcarskie scyzoryki zdobywały świat i uznanie. Używają ich ratownicy, strażacy i... NASA. Mówię serio. Nie wszyscy też wiedzą że właśnie Victorinoxa używał słynny MacGyver w serialu. Nie rozstawał się z tym narzędziem. 
Firma o której mowa musiała się nieco skomercjalizować by nie została wyparta przez tańsze podróby z Chin. Postawiono więc na nowe technologie (reklamy, filmiki, internet) i wzbogacenie oferty. Zaczęto produkować scyzoryki przystosowane dla różnych grup. Mamy więc noże dla ratowników (rescue tool), dla wędkarzy, wojskowych, turystów, ogrodników, kobiet, myśliwych itd. Każdy nóż ma odpowiednie narzędzia przydatne właśnie tym grupom: pilniczek do paznokci i przyrząd do wycinania skórek (kobiety), ostrze do skrobania ryb (wędkarze), ostrze do roślin (ogrodnicy), narzędzie do cięcia szyb i ich rozbijania + ostrze otwierane jedną ręką (dla ratowników - posiada żółte, fluorescencyjne okładziny) itp. Modeli noży Victorinox jest mnóstwo. Najuboższe posiada tylko jedno ostrze a najbogatsze ponad 80 różnych funkcji. Modele mają różną wielkość. Dzielą się na tzw. noże oficerskie (to te z czerwonymi okładkami), noże wojskowe (są od oficerskich o kilka mm dłuższe, mają aluminiowe, wytrzymałe okładziny i grubsze ostrza), noże z blokowanym ostrzem (większe ostrza, blokady i bardziej ekstremalne zastosowanie) i noże kuchenne (od małych jarzyniaków do potężnych tasaków).
Od jakiegoś czasu Victorinox wzbogaca swoje noże o różne bajery typu lasery, kompasy, zegarki, długopisy, pamięci flash i inne mniej lub bardziej potrzebne zabawki. Dodatkowo firma robi latarki, pokrowce, etui, breloki , narzędzia sportowe, pamięci flash, bardzo popularne i praktyczne multi-tool'e oraz ostrzałki. Całą ofertę znajdziecie tu
Jak widzicie firma bardzo się rozwinęła jednakże nadal stawia przede wszystkim na jakość. Towarem flagowym niezmiennie pozostają świetne scyzoryki na które firma daje DOŻYWOTNIĄ gwarancję. Nie obejmuje ona rzecz jasna elementów elektronicznych (tu tylko 2 lata gwarancji), złego użytkowania (cięcie lin plastikowych, stalowych, podważanie ciężkich rzeczy itp.) oraz normalnego zużywania się. 
Ja osobiście posiadam model o nazwie Camper. Klasyczny nożyk posiadający to co niezbędne. Bez bajerów. 
Jeżeli często wyjeżdżacie za miasto, podróżujecie, jeździcie na pikniki, grzyby albo po prostu chcecie mieć przy sobie estetyczne narzędzie do pokrojenia owocu, otwarcia butelki czy wyciągnięcia kleszcza (pincetą) to nie kupujcie chińskiego badziewia. Postawcie na Victorinoxa. To niesamowicie praktyczna rzecz na całe życie. Nie do zdarcia. Idealnie nadaje się też na prezent (można nawet zamówić grawer przez co upominek będzie bardziej osobisty). Narzędzia omawianej firmy łatwo się konserwuje. To też ważne. 
Na forum Knives.pl znajdziecie bardzo wiele przydatnych informacji o nożach, ich ostrzeniu, konserwacji, zakupach, przeznaczeniu. To chyba największa i najlepsza skarbnica wiedzy dla miłośników tego typu zabawek (wojsko, turystyka, militaria, kuchnia). Polecam. 

wtorek, 14 sierpnia 2012

Powerwolf

Powiem krótko. Zespół Powerwolf  uosabia to co w metalu kocham najbardziej: melodyjność, chwytliwość, przebojowość, agresję, charyzmę i klimat. Grupa łączy klasyczny heavy metal z gotykiem. Ich znakami rozpoznawczymi są organy kościelne, potężne chóry i... wilkołaki. Brzmi groteskowo? Może i tak ale tak to właśnie ma brzmieć.  Band niejako parodiuje znane horrory i motywy w nich zawarte: krew, kielich mszalny, krwiopijcy, kościoły, dzwony, kapłani, demony, wiedźmy itp. Efekt tej mieszanki ryje beret. Dodatkowo panowie stylizują się na księży co dodaje smaczku ale i budzi niepokój. 
Ktoś kto ich nie zna patrząc na ich zdjęcia pomyśli że to sataniści. Jest mrok i wiele nawiązań do religii. Sama muzyka dla osoby nieznającej angielskiego też może to sugerować. Słysząc ją wyobrażamy sobie czarne msze i krwawe rytuały. Ale nic bardziej mylnego. To tylko styl, image. Nie ma się co rozpisywać. Posłuchajcie sobie ich. Stanowią idealnie dopasowaną całość. Wokal, gitary, perkusja, organy. Miód dla uszu. Ten metal wgniata w fotel i nie potrafi wyjść z głowy;)

Voltaire

Może trudno w to uwierzyć ale słucham nie tylko metalu. Nie zamykam się na inne gatunki. Preferuję w muzie "żywe" instrumenty, klimat. Lubię kiedy artyści używają wyłącznie wokalu i instrumentów a nie komputerowych ulepszaczy.
Opowiem wam dziś o panu który mnie zauroczył. Facet nazywa się Aurelio Voltaire Hernández. Jest z pochodzenia Kubańczykiem. Wykonuje bardzo oryginalną muzę z mało u nas znanego gatunku o nazwie dark cabaret. Ów dark cabaret jest w tym przypadku łączony z folkiem, rockiem, gotykiem i country. Co można powiedzieć o takim zestawieniu? Cóż, rewelacja! Słuchając Voltaire (bo taki przydomek posiada opisywany osobnik) czujemy jakbyśmy byli w małym, lekko zakurzonym, przedwojennym teatrze. Jego styl można porównać do wczesnych dokonań lubianego w Polsce Czesława Mozila. Używane przez zespół Aurelia skrzypce, trąbki, flety i akordeony tylko potęgują niesamowitą atmosferę tej muzyki. Dodatkowym atutem są dekoracje sceny, kostiumy muzyków i ogólny image. Cylindry, fraki, wiktoriańskie suknie pań, cyrkowe makijaże itp. To jest to! Grupa przypomina wędrującą trupę. Sam Voltaire oprócz śpiewania gra na gitarze. Ma na koncie wiele płyt. Najnowsza pojawi się we wrześniu tego roku. 
Artysta w swojej twórczości skupia się głównie na mrocznej grotesce (przypominającej filmy Tima Burtona) i parodii. 
Voltaire to człowiek wszechstronnie uzdolniony. Pisze książki, bajki, tworzy grafiki i animacje. Jest absolwentem amerykańskiego odpowiednika ASP. Człowiek orkiestra. Dosłownie i w przenośni. Warto się zapoznać z jego wyjątkowo klimatyczną twórczością. Dark cabaret bardzo powoli ale jednak się w Polsce rozwija. Przykładem jest zespół Camero Cat który swego czasu dał pokaz w programie K. Wojewódzkiego. Polecam. 

Polaka postrzeganie kina i muzyki


Nie wiem jak wy ale jak uwielbiam czytać recenzje i  felietony dotyczące filmów oraz albumów muzycznych. Lubię porównywać opinie angielskie z polskimi  i odwrotnie. 
Zauważyłem ciekawą acz nieprzyjemną rzecz. Mianowicie Polaka nic nie cieszy. Nie lubi lekkiej rozrywki. Ubóstwia i chwali jedynie produkcje ambitne, ciężkie, psychologiczne, mające drugie dno, często niszowe i takie które wywołują swego rodzaju melancholie. Kochamy oglądać w tv to co znamy z naszych ulic, miast, podwórek. 
Lubimy oglądać rzeczywistość nawet jeśli ta emanuje syfem, brudem, alkoholem i biedą. Dramaty społeczne są naszym ulubionym gatunkiem. Na drugim miejscu są obrazy historyczne. Oczywiście takie psychologiczne i martyrologiczne. Bez martyrologi ani rusz. Nie wiem czy takie podejście wynika z naszych nastrojów (wciąż sfrustrowany naród na dorobku), kompleksów, pyszałkowatości czy egoizmu (bogata choć raczej smutna przeszłość). 
Śmieszy mnie kiedy czytam polskie recenzje takiego chociażby Batmana i widzę same obelgi. Zachód o kinie i muzie pisze zupełnie inaczej. Inna mentalność i postrzeganie luzu. Amerykanin idzie do kina żeby się wyluzować, zabawić, odpocząć. Polak idzie tam natomiast po to by doświadczyć sadyzmu, biczowania, przykrości i zmartwienia. Nasi besztają wszystko to co jest oklejone napisami pop, fantasy, comedy, s-f, horror. Ostatnio nawet na filmwebie trudno znaleźć chwalebną opinię. Kino jest coraz płytsze i bardziej efekciarskie. Polak będzie więc niezadowolony. Nadzieja w naszych polskich twórcach. Oni nigdy nie zawodzą. Co chwilę powstają ponure "dzieła" chwalone potem przez krytyków. W drodze kolejne dzieło Smarzowskiego. Znowu zanurzymy się w swądzie gorzały, potu i błota. Zamiast rozerwać się na jakiejś lekkiej komedii wolimy wracać do "Samowolki" lub "Domu złego". 
Nie żebym nie cenił wyżej wymienionych twórców. Robią dobre i zapadające w pamięć kino. Mamy w dorobku kilka perełek których nie można nie obejrzeć jak np. Dzień świra. Fajnie że czasem ktoś stawia przed nami lustro i pokazuje jacy jesteśmy. To nawet pożyteczne. Chodzi mi jedynie o to że tego ciężkiego, społecznego kina jest za dużo. 
Czemu jesteśmy takimi masochistami? Warto wspomnieć tu o serialu "Głęboka woda" (swoją drogą dobrze że już się skończył). Niesamowite ale byli tacy którym się podobał. Nie ma co. Bagno w realu i bagno w telewizji. Że też nikt nie zapragnie ucieczki w jakiś fajny, kolorowy świat. Polak nie potrafi się odpowiednio nastawić na film. Te dzielimy na ambitne i lekkie (tzw. odmóżdżacze). Idąc do kina lub zasiadając przed telewizorem oczekuje zbyt wiele. Czeka na głębię, psychologię. Kiedy tego nie dostaje jest zawiedziony. Tylko dlaczego szukał tego w Prometeuszu, Batmanie, Piranii 3D czy Królewnie śnieżce? To pytanie za 100 punktów. Nie umiemy na pewne rzeczy przymknąć oczu. Wszystko odbieramy na serio, sztywno. W przeciwieństwie do naszych zachodnich ziomali. 
Jeżeli chodzi o muzę to jest podobnie tyle tylko że tu szukamy nowości, innowacyjności, świeżości. Jeżeli ktoś nagrywa płytę podobną do poprzedniej to od razu jest besztany. Przykładem niech będzie Therion i Katie Melua. Nie umiemy się zdecydować. Zbyt świeżo - źle, po staremu - też źle. Krytycy muzyczni mają problemy z określeniem swojego gustu. To co na zachodzie uznawane jest za solidność i trzymanie formy u nas jest nazywane odtwórczością i zmęczeniem (albo komerchą). Dobrze że na to wszystko biorę przymiarkę i sam oceniam po uprzednim sprawdzeniu filmu/CD. 
Polak patrzy na wszystko inaczej niż reszta świata. Jest bardziej krytyczny, wymagający i wybredny. Nie macie takiego wrażenia? ;)

niedziela, 10 lipca 2011

Gorrrąco:/

Nienawidzę upałów. Dlaczego nie może być do 25 stopni? Nasza pogoda popada ze skrajności w skrajność. Albo leje albo jest tak duszno że po dupie spływa i nic się człowiekowi nie chce. Od rana siedzę w hacie. Jestem senny i ciągle coś piję. Upał mnie męczy. Tracimy przez niego wodę w organizmie. Kurczą się naczynia krwionośne, spada ciśnienie i  miej krwi dopływa do mózgu.
Nie słabnę ale czuję doła. Mniej ochoty do życia. Bo co to za przyjemność brać prysznic nawet trzy razy dziennie? Po każdej, nawet krótkiej wyprawie człowiek wygląda jak z dupy wyciągnięty. Pracować się nie da.
Czekam na te burze bo po nich ma być ciut chłodniej:)

sobota, 9 lipca 2011

Zaraz dobiorę ci się do skóry!

Lato i wakacje to nie tylko opalanie się. W naszym kraju przybywa zwolenników aktywnego wypoczynku. Ludziska dbający o formę wsiadają na rowery i śmigają do lasów, parków, na łąki i polany by zbliżyć się do nieskażonej miejskim syfem natury.
Niestety coraz częściej ostrzegają nas przed wielkim niebezpieczeństwem które w takich miejscach na nas czyha - kleszczami.
Sprawa wygląda o tyle dziwnie że kiedyś albo ich nie było, albo było ich znacznie mniej. Rozmawiałem na ten temat z rodzicami, babcią i innymi starszymi ode mnie osobami. Wszyscy zgodnie twierdzą że za ich młodości tych szkodników nie było. Można było biegać boso po lesie i nikt się nie obawiał kleszczy. Nikt nie miał podejrzanie wyglądających rumieni, bąbli czy wkręconych w skórę, napojonych krwią robali. Dziś specjaliści biją na alarm. Na terenach zielonych aż roi się od tego cholerstwa. Co więc jest grane? Skąd tyle tego jest i dlaczego kilkanaście lat temu trzeba ich było ze świecą szukać? Przez to wszystko boję się chodzić do lasu. Boję się jeździć po łąkach. Nie unikam tego typu wypoczynku jednak zawsze po powrocie bardzo dokładnie się oglądam (kleszcza łatwo pomylić z pieprzykiem). Wredne to stworzenia. A najgorsze jest to że włażą do miejsc zacienionych i wilgotnych, zapoconych (pachwiny, pachy, krocze okolice pod pośladkami itp). Nie dość że skurwysyna z początku nie czuć (ma znieczulającą ślinę) to jeszcze nie widać.
Kolega miał dość zabawny ale i groźny przypadek. Otóż jak co roku wypoczywał  sobie na Mazurach. Po powrocie znad stawu jego przezorna laska postanowiła sprawdzić czy nie ma kleszcza. Okazało się że miał go na... jądrze. Nie tracąc czasu pojechali do szpitala. Lekarz i młode pielęgniarki (stażystki) z trudem ukrywały chichot na widok siedzącego z gołymi jajami i rozkraczonymi nogami kolesia. Prawie rozerwało go ze wstydu. No ale kleszcza mu usunęli. Być może jego panna ocaliła mu życie. W końcu im dłużej kleszcz jest w naszej skórze tym więcej trucizny do krwi nam wstrzykuje. Mógł zachorować na bardzo groźną boreliozę lub zapalenie opon mózgowych.
Najgorzej jest z psami. Te paskudztwa uwielbiają nasze czworonogi. Psiak nam nie powie byśmy go obejrzeli. Trzeba pamiętać by to robić. Inaczej naszego pupila dość szybko pochowamy zapewniając mu przedtem ból i cierpienie.
Niepokoi mnie ta plaga. Dlaczego tych drani jest aż tak dużo? Niektórzy twierdzą że to wina wszechobecnej chemii, zanieczyszczeń i mutacji. Owady podobnie jak ludzie źle reagują na szkodliwe związki. Ich organizmy pod wpływem powyższych zmieniają się. Ich DNA z kolei ewoluuje w negatywnym tego słowa znaczeniu. Może tu tkwi haczyk. Uważa się też iż plaga tych robali jest związana z ocieplającym się klimatem.
Cóż postępu cywilizacyjnego nie unikniemy. Podobnie zmian klimatycznych. W domu również nie należy się zamykać. Można jednak próbować unikać tego kurestwa poprzez odpowiednie ubranie w lesie, na polance (długie spodnie, rękawy i czapla) i kosmetyki (coś w stylu OFF które są powszechnie dostępne, a których zapachu kleszcze nie lubią).
Nie polecam usuwać kleszcza samemu. Można to zrobić ale lepiej w tym przypadku oddać się w ręce fachowca. Jeżeli z jakiejś przyczyny nie mamy dostępu do lekarza to pamiętajmy by nigdy niczym kleszcza nie polewać i nie smarować. W przeciwnym razie odetniemy mu tlen i zacznie nam rzygać do krwi. Do jego wyciągnięcia używamy pincety. Łapiemy go nią przy samej skórze i szybko wykręcamy. Nie można wyrwać jedynie jego dupy gdyż układ gębowy zostanie nam pod skórą i będzie kłopot. Obserwujmy ciała. Jeżeli po kilku dniach od wycieczki zauważymy gdzieś jakiś swędzący rumień to natychmiast do szpitala. Dadzą nam tam najpewniej zastrzyk na boreliozę i każą zbadać krew.
Więcej znajdziecie tutaj.
A tu macie to pokazane w bardziej przemawiający sposób:

piątek, 8 lipca 2011

Śmierć lubi brąz, a słońce o tym wie

Lato, słońce, upał, wakacje, wolne. Co wyobrażają sobie ludzie po usłyszeniu tych słów? Opalanie. To chyba najbardziej popularny na świecie sposób na spędzanie wolnego czasu. Opalanie podobno nas upiększa. Sprawia że jesteśmy dla siebie i otoczenia bardziej egzotyczni, a przez to atrakcyjniejsi. Dzisiaj brak opalenizny to obciach, wstyd, dowód na to że nie stać nas na wyjazd/solarium. To także oznaka tego że ciągle siedzimy w hacie (najpewniej z powodu kompleksów, zaborczych rodziców, uległości wobec nich, choroby itp). Wiele osób nigdy w życiu nie dało by fotki na NK nie mając równej opalenizny. Zimą dbamy o nią stosując różnorakie kremy i chodząc do solarium. Latem - leżąc na słoneczku na plaży, łące, działce, balkonie. W okresie wakacyjnym nad wodą aż roi się od tłustych dup leżących plackiem po kilka godzin niczym foki po karmieniu. Nie można być latem nie opalonym. To takie upokarzające. Nie jeden pozbawiony brązu na skórze gdyby tylko mógł chodził by do pracy/szkoły kanałami by inni nie dostrzegli nóżek białych jak serek. Nie ma mowy! Wszyscy by się śmiali!
Musimy się opalać! To sprawa życia i śmierci. No właśnie. Ten zwrot to nie tylko metafora. Nadmiar promieni słonecznych prowadzi bardzo często do powstawania znamion (w najlepszym razie) i jednego a najbardziej agresywnym nowotworów na świecie - czerniaka. Jest to rak skóry który dorosłego zabija  wciągu ok. 90 dni. Nim nastąpi zgon pojawia się to wszystko to przed czym drżymy - spadek masy ciała, krwawienie ze wszystkich otworów (usta, odbyt, pęcherz, nos, uszy), wymioty, biegunki, postępujące wyniszczenie organizmu i przerzuty. Jest to choroba wyjątkowo wredna ponieważ ujawnia dopiero kilkanaście lat po poparzeniu przez słońce. Bywa że nie pomagają nawet filtry UV. Poza tym pod wodą i w cieniu też się opalamy. Smarujemy się jednak tylko wiedząc że idziemy na otwarte słońce. To wielki błąd.
Znam pewną smutną historię z życia kuzynki mojej kumpeli. Otóż dziewczyna ta (23l.) kilka lat temu nabawiła się na plecach niewielkiego znamienia. Lekarz zalecił jej by znacząco ograniczyła wizytacje w solariach i by tego nie drapała. Nie stwierdził jednak raka. Laska miała jednak pecha ponieważ na jakimś obozie ugryzła ją muszka (właśnie w to znamię). Nieświadoma niczego panna drapała bąbla by przestał swędzieć. Pieprzyk zezłośliwiał i szybko dał przeżuty do kości. Dziewczyna zmarła po kilku tygodniach.
Ograniczajmy czas spędzony na słońcu. Żyjemy w klimacie umiarkowanym. Jesteśmy rasą słowiańską o białym kolorze skóry. Nie starajmy się na siłę być murzynami. To głupie i zagraża życiu. Jak już mówiłem - dziś jesteś ładna, młoda i opalona, ale za kilka lat może dojść do tragedii. Licho nie śpi. Trzeba o siebie dbać. Życie jest cenniejsze niż sezonowy brąz. Poza tym słońce wysusza skórę, pozbawią ją wody i przyspiesza proces starzenia. Nie przesadzajmy bo znajdziemy się po niewłaściwej stronie trawnika. Osoby z dużą ilością pieprzyków w ogóle nie powinny leżeć plackiem na słońcu. Każde takie znamię może pod wpływem UV zacząć ewoluować. Jego struktura wewnętrzna może mutować.
Wiem że trudno latem się nie opalać. Jeżeli już lubimy słońce to opalajmy się po pierwsze krótko (codziennie po 15 min), a po drugie - ruszając się a nie leżąc. Dzięki temu słoneczko "dotknie" po trochu każdej części naszego ciała. Chyba tego chcecie prawda?
To jest serio niebezpieczne. Przypadków o których pisałem wcześniej znam mnóstwo. Uczyłem się o tym na studiach. Sporo na ten temat czytałem.
Obserwujmy swoje ciała. Zwracajmy uwagę na powiększające się znamiona. Groźne są tylko te których wielkość lub forma ulegają zmianie, krwawią lub swędzą. Warto o tym pamiętać. Z każdą nową zmianą na skórze należy iść do lekarza. 
Umiar, filtry, zdrowy rozsądek i nie uleganie presji innych. Nie wstydźmy się tego że nie jesteśmy opaleni. Olewajmy szyderstwa wyśmiewających nas idiotów. Trzeba mieć swój rozum. Kostucha  ma co robić. Po co się jej nadstawiać. Wolę być blady i żyć niż zostawić po sobie przystojnego i opalonego trupa.

Voodoo Circle - Broken Heart Syndrome (2011)

Współcześni artyści nie lubią kiedy ktoś ich wrzuca do konkretnej szufladki. Nie lubią łatek i wszelkiego rodzaju plakietek. By tego uniknąć do tworzonej przez siebie muzy dodają różne dziwaczne nieraz elementy takie jak elektronika, chóry, orkiestra symfoniczna, skrzypce, flety i inne. Łączy się różne, czasem zupełnie odmienne gatunki. Każdy chce być oryginalny. Każdy chce być nowym prekursorem na którym wzorować będą się następni. Każdy chce stworzyć legendę. Dzisiaj coraz rzadziej mamy do czynienia np. z czystym gothic metalem. Przeważnie jest w nim wiele innych nawiązań, wstawek itp. Tak samo jest z heavy metalem. W tym z kolei coraz więcej jest elementów power'u. Wszystko po to by się wyróżnić w tłumie. Grunt to być zauważonym. Dodatkowo muzę się komercjalizuje. Dba się o jej przebojowość bo tylko to przynosi zyski. Muzyka staje się przez to coraz prostsza i coraz mniej ambitna. To samo tyczy się tekstów. Banał wypiera głębię.
No właśnie. Omawiany rodzaj sztuki ewoluuje bardzo szybko. Artyści myślą głównie o młodej publiczności. A co ze starszą? Z naszymi rodzicami czy nawet dziadkami? Muzyka bardzo się zmieniła. Nasi wychowankowie rzadko kiedy jej słuchają bo nie nadążają. Są inaczej wychowani. Za ich czasów nie było tyle kiczu, fajerwerków, elektroniki i gołych dup. Czasem chcieliby czegoś posłuchać, powrócić do dawnych, wspaniałych lat z dzieciństwa, adapterów szpulowych, taśm i winyli. Kiedyś bardziej się ceniło płyty. W czasach PRL trzeba było je sprowadzać z zagranicy i to po kryjomu (nie było mp3). Władza ludowa nie zapewniała większych rozrywek. Poza tym nie każdy lubił  C. Niemena, Czerwone gitary czy M. Rodowicz. Szczególnie panowie pragnęli poczuć powiew lepszego, wolnego świata. Zapanowała moda na zgrywanie kaset magnetofonowych. Wspaniale było mieć kolegę którego ojciec wyjeżdżał na zachód. Zawsze bowiem coś synowi przywiózł. Muzę się szanowało i kochało. Pozostawała dla wielu jedynie w obszarze marzeń. Nie to co dziś. W epoce mp3 dostępne jest wszystko i to z całego świata. Można mieć płytę w wyśmienitej jakości za darmo, bez żadnego fizycznego wysiłku.
A co z artystami? Dzisiaj nic. Nie trzeba mieć talentu. Wystarczy komputer, program do obróbki audio i goły tyłek. Trzeba szokować. Jeżeli robisz z siebie idiotę to nawet śpiewać nie musisz a i tak rzucą się na twą "płytę" jak muchy na gówno. Obecnie nawet małpa nagrała by przebój.
Jeszcze w latach 80-tych liczył się autentyczny talent. Naprawdę trzeba było umieć grać na instrumentach i śpiewać. Klipy nie były tak zaawansowane jak dziś więc widownia skupiała wzrok i słuch jedynie na artyście. Co jeszcze? Ano dziś nie nagrywa się na tzw. setkę gdzie cały band wchodził do studia i nagrywał. Teraz każdy instrument nagrywa się oddzielnie co daje kompowi duże pole do popisu (przerwy, przejścia itp).
Muzyka zapomina dziś o starszych jej miłośnikach. Co więc z tymi którzy pragną tamtej, głębszej jakby nie było twórczości i bardziej klasycznego grania które było fundamentem dla tego co tworzy się dziś? Jak się okazuje ktoś jednak o nich pamięta. Komuś ta cała sytuacja łamie serce. Ten ktoś to zespół naprawdę rzadko spotykany - grupa Voodoo Circle. Wydał do tej pory dwie płyty. Ja skupię się na tej bardziej znaczącej dla starszego słuchacza. Omawiany band to projekt założony przez czołowego członka m.in Silent Force. Jego równoległa tudzież przeszła działalność jest jednak nie ważna. Daruję sobie tłumaczenia. 
Owy pan zaprosił do współpracy bardzo znanych i utalentowanych znajomych by razem oddać hołd ciężkim brzmieniom głównie z lat 70-tych. Stworzyli  dwa albumy przy których naszym tatusiom zakręci  się łezka w oku. Genialny pomysł! Nie dość że wreszcie trafił  w tych o których świat zapomniał to jeszcze okazał się kasowym sukcesem. Sprawił też że wielu poczuło się głupio. Uświadomili sobie że w pogoni za czymś innym, świeżym olali swoich pierwszych fanów. Voodoo Circle pokazał że nie wszystkie obszary w muzie są już wypełnione po brzegi. Uzupełnił dużą lukę, dał radość starszym słuchaczom. Wrócił do korzeni. To prawdziwa perełka. Jak widać są jeszcze tacy którym nie po drodze z gołą dupą na scenie.
Jaka jest muza na tym albumie? Wspaniała! Nie słychać komputerowych efektów, upiększających sampli czy innych sztucznych dupereli. Jest za to sztuka w najczystszej postaci, cudne, niepodrasowane wokale i "żywe" instrumenty. Dobrali się prawdziwi profesjonaliści. Mimo tego że panowie do młodzieńców już nie należą to mogliby nie jednego współczesnego wioślarza/piosenkarza uczyć fachu. Szczyt perfekcjonizmu. Widać również że świetnie się bawili nagrywając ten album. Kochają to co robią. Pasja, pasja i jeszcze raz pasja. Mamy tu wszystko to co kochaliśmy w hard rocku i metalu sprzed prawie 40 lat: rewelacyjne riffy, bębny, frontmana, chwytliwe melodie, przepiękne długie solówki itd. Producenci zadbali o jakość nagrań. Wszystko brzmi jak kiedyś. Słychać charakterystyczne dźwięki które dzisiaj się tuszuje - ustawianie wzmacniacza, strojenie gitary, studyjne szmery, trzaski. Wszystko to jest rzecz jasna celowe. Nie drażni uszów. Ma jedynie sprawić byśmy się poczuli jak nasi staruszkowie. Efekt zapiera dech w piersiach nawet mnie - osobie która lata 70-te zna jedynie  z opowiadań. To akurat uzyskano dzięki wyśmienitym melodiom wspomaganym przez bujające się gitary. Niczym nie ustępują współczesnym, długim i urozmaiconym wstawkom. Tradycja i klasyka wyprzedziła nowoczesność. Udowodniła że nawet najlepszy PC jej nie zagrozi. Uczeń nadal musi gonić mistrza.
Bardzo wyraźnie słychać tu także elementy bluesowe. Zresztą album ten często porównuje się do najlepszych dzieł m.in. Deep Purple i Rainbow. Nie znam powyższych więc nie wypada mi tego weryfikować. 
"Syndrom złamanego serca" to pozycja obowiązkowa właściwie dla wszystkich i to bez względu na wiek. Osiągnięto tu idealny kompromis. Ludziska po 40-tce słuchając jej poczują się jak w niebie. To będzie podróż  w czasie której nie zapomną. Wrócą na ponad godzinę do najwspanialszych lat młodości. Młodsi z kolei znajdą tu porządny, mega chwytliwy power metal z elementami hard rocka okraszony pierwszoligowymi gitarami. Ścieżki nie grzeszą jakimś bardzo szybkim tempem. Nie drażnią nadmierną agresją czy dynamiką. Nadają się z jednej strony na kameralne spotkania, prywatki i sentymentalne podróże (także te które odbywamy w wyobraźni), a z drugiej - na większe imprezy choć pozbawione agresji oraz szaleńczego trzepania łbem. Albumik więc uniwersalny. Musicie tego posłuchać. Polecam wszystkim tym którzy chcieliby się dowiedzieć jak się kiedyś grało, czego słuchało i przy czym bawiło. No i tak jak już nieraz wspominałem - osoby zbliżające się do 50-tki (i starsze) po prostu MUSZĄ się  z tym krążkiem zetknąć. Takiego prezentu dawno nikt im nie zrobił. Będą wniebowzięci. Oby powstawało więcej takiej muzy. Ma genialny klimat. Pokazuje że ciągle jest lepsza od tego tego co serwuje się nam obecnie. W tym przypadku spojrzenie w tył jest jak najbardziej na miejscu. Można tworzyć nastrojowe (bo takie są utwory na omawianym albumie) dzieła bez pomocy PC. Nowoczesna technologia zabija talenty. Tutaj mamy PRAWDZIWĄ muzyczkę:)
Ocena taka a nie inna za to że piosenek jest tylko 13:P

Moja ocena: 8/10

środa, 6 lipca 2011

Tengwar - The Halfling Forth Shall Stand (2011)

Po ostatniej płycie Dalriady (polecam) na rynku folk metalowym zapanowała stagnacja. Sporo tego od tamtego czasu wyszło jednak jakoś nic nie przypadło mi do gustu, a to głównie za sprawą dominujących niskich i agresywnych growli oraz braku melodyjności. Już myślałem że w tym roku nie doczekam się na ciekawy album folkowy. Aż do wczoraj. Zespół Tengwar bo o nim mowa jest stosunkowo mało znany. Pochodzi z Argentyny i wykonuje epicki folk metal. Na grupę składa się naprawdę wielu instrumentalistów i wokalistów co sprawia że utwory są bardzo kolorowe, różnorodne, pełne zwrotów akcji i smaczków. Nie można się przy nich nudzić. Wcześniej kapela próbowała niejako rozeznać sytuację wydając dwa mini albumy (bardzo obiecujące dodam). Widocznie chcieli sobie poeksperymentować. Jak widać w końcu znaleźli  to co chcieli. Opracowali odpowiednią strategię i wreszcie wydali long play.
Warto było czekać bowiem omawiany krążek jest rewelacyjny. Z czystym sumieniem mogę rzec iż to jedna z lepszych płyt folk metalowych jakie słuchałem. Grupa jest oryginalna (co dzisiaj wcale nie jest rzeczą łatwą bowiem różnego folku wychodzi teraz sporo), ma własny styl i co ważne - wydaje się że nikogo nie próbuje naśladować. Idzie własną drogą. Piosenki Tengwar to niesamowicie melodyjna i klimatyczna porcja rozrywki. Ukazuje nam się tutaj bardzo orientalne podejście to tematu. Są tu (oprócz gitar elektrycznych i perkusji) flety, piszczałki, harmonijki, mandoliny, skrzypce, trąby, bębny, grzechotki i chóry (w tym dziecięce rodem z Afryki). Instrumentalnie więc rewelka. Takiego bogactwa brzmień dawno nie było. Dodatkowym atutem jest to że każdy utwór przenosi nas w inne miejsce świata. Słuchając ich przenosimy się raz do afrykańskiego buszu a innym razem - wilgotnych lasów Amazonii bądź górskiej doliny do której zewsząd spływają potoki. Niektóre pieśni opowiadają także o bitwach gdzieś na krańcu świata.
Ogromne brawa za pomysł, produkcję (genialnie to wszystko brzmi, słychać każdy szczegół w tle), ale również dla muzyków dzierżących w dłoniach swe instrumenty. Grę na nich opanowali do perfekcji. Szacunek należy się też wokalistom i chórzystom. Wszystko jest idealnie dopasowane, zsynchronizowane jak w przyrodzie gdzie wiele podsystemów zgodnie współpracuje dla dobra ogółu.
Tu nie ma mankamentów. Są co prawda growle ale jest ich niewiele. Jeżeli już się pojawiają to nie rażą brutalnością. Ładnie wkomponowały się w tło niektórych ścieżek. Ten album to kwintesencja tego co w folk metalu najlepsze. Także wzniosłość i patos. Jest bardzo melodyjnie, różnorodnie, oryginalnie i zaskakująco. Krążek dopieszczony pod każdym względem. Prawdziwy perfekcjonizm. Poczujcie bliski kontakt z naturą. Posłuchajcie nowego Tengwar'a:)

Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 4 lipca 2011

Ojczyzna polszczyzna

Za oknem leje już drugą dobę. Pora więc by coś tu skrobnąć. Zacznę od kwestii która martwi mnie już od dłuższego czasu. Chodzi o nasz język, a właściwie  jego upadanie.
Codziennie, na każdym kroku słyszę jak ludzie prześcigają się w ilości wypowiadanych kurew. Przeklinają wszyscy i wszędzie. Robią to coraz młodsi, także dziewczyny. Przeklina się nie nieświadomie (np. pod wpływem emocji, nerwów), a z pełną premedytacją. Brzydkich słów używa się zamiast przecinków. Wszystko po to by nie odstawać od towarzystwa. Przeklinam bo dzięki temu czuję się szanowanym członkiem grupy rówieśniczej. Bo dzięki temu czuje się dojrzalszy. Przekleństwa sprawiają że jestem kimś. Że potrafię komuś dosrać tak że jest mu przykro. Łacina to moja broń w walce o prestiż.
Młodzież  prześciga w układaniu coraz to dłuższych i wymyślnych wiązanek. To co kiedyś było piętnowane, dozwolone co tylko dla dorosłych,  dzisiaj jest powodem do dumy i nieodzownym elementem naszego codziennego języka. Nie potrafimy już nie używać brzydkich wyrazów. Trudno nam bez nich rozmawiać. Nasz zasób słów jest bez takowych bardzo ubogi. Polak potrafi w jednym prostym zdaniu słowa "kurwa" użyć nawet kilka razy, a im więcej tym lepiej. Wszyscy się śmieją, a jego rozrywa duma. Szacunek znajomych - bezcenny. 
Przekleństwa to pierwszy objaw śmiertelnej choroby naszego języka. Kolejny to znane i lubiane przez nas wszystkich skróty i zastępowanie wyrazów oraz emocji tzw. emotami. Chodzi więc o modę na krótkie wiadomości tekstowe (sms) i wzbogacające je żółte ikonki.
Wyobrażacie sobie komunikatory pozbawione emot? A brak sms'ów? Tu pewnie się zastanowiliście? Bez jednych i drugich było by ciężko. Trzeba by bowiem pisać długie teksty zakrawające o listy. Koszmar! To co dziś zastępują emoty trzeba by przekładać na tekst. Masakra. Nie dość że brakowało by nam odpowiednich słów to jeszcze nabawilibyśmy się bólu dłoni. Cud że młodzi potrafią w szkole utrzymać długopis. Nie jeden tekst aż się prosi o emotę. Jedna taka potrafi wyrazić więcej myśli niż spory referat.

Wszystko to jest wbrew pozorom niebezpieczne ponieważ nie tylko sprawia że nasza polszczyzna zanika, ale powoduje również że mamy coraz mniejszy zasób słów (nie mając emot plączemy się, powtarzamy, nie potrafimy dobrać synonimu, lejemy wodę, mówimy/piszemy dużo ale mało konkretnie) oraz coraz mniejsze pojęcie o ortografii  i  interpunkcji (mimo uczenia się polskiego w szkołach nie wiemy przed czym stawiać przecinki).
Co do wspomnianej ortografii - nie lubimy jej czemu wyraz dajemy w sms-ach i komunikatorach. Piszemy szybko i bezmyślnie. Nie chce nam się bawić w wyszukiwanie znaków, symboli czy ustawień. Poza za tym to co miało nam pomagać tj. autokorekta w pakietach biurowych - szkodzi. Nie martwimy się o błędy gdyż wiemy że te i tak w razie czego zostaną przynajmniej podkreślone. Technika uczy więc nas bierności i lenistwa. Maszyna pomyśli za nas. Nasz mózg może obumrzeć, a i tak oddamy pracę bez mankamentów. Gorzej jest z wyżej wymienioną interpunkcją, powtórzeniami i układem tekstu (akapity itp) jednak nawet i tu niektóre programy dają już radę. 
To wszystko nas ogłupia. Sprawia że rozum zanika. Gdyby nie szkoła która jednak narzuca pewne schematy, reguły, umiejętności i obowiązki porozumiewalibyśmy się jak ludzie pierwotni. Tyle że tacy posiadający komórki i kompy oraz przeklinający. Niedługo bez tych urządzeń nie będziemy mogli pogadać. Będziemy stali naprzeciw siebie z telefonami i konwersowali za ich pomocą. Przestaniemy używać mimiki twarzy i gestykulować rękami. Po co mamy to robić skoro są emoty? Jeżeli zabraknie nam takowej to wyrzucimy z siebie kilka kurew i wszystko będzie jasne.

Jak temu zaradzić moi drodzy? Cóż, walka z tym jest coraz trudniejsza. Specjaliści mówią by dużo czytać. Czytanie wzbogaca nasz zasób słów. Uczy budowania zdań, kultury języka, wyrazów obcych, frazeologizmów, ortografii oraz interpunkcji. Książka wymusza na nas byśmy sięgali dalej. Nie poznamy jej sensu bez zajrzenia w słownik czy przypis. Tak często jest. To zresztą jedna z jej zalet. Lektura uczy myślenia. Uczy poszukiwania i doskonalenia wiedzy. 
Tylko kto dziś czyta coś więcej niż lektury? Czytamy jedynie to co musimy. Tu jest problem. Nie pomagają nawet kampanie i akcje które takowe propagują. Przeciętny polak czyta rocznie 4 strony formatu A4. Naszą ulubioną lekturą jest Tele Tydzień. Lubimy informacje krótkie, proste, zaopatrzone w fotkę. W sieci jest jeszcze gorzej. Ograniczamy się jedynie do komentarza pod obrazkiem/filmikiem. Używamy oczu i uszów a nie umysłu. Grunt by jak najmniej główkować. Szybkie info, kawa na ławę, konkret i jest git. "Czyje to nogi", "hit czy kit" i inne puste, nic nie wnoszące pierdoły.
Nasz język upada i upadał będzie. Zachęcić kogoś do czytania graniczy nieraz z cudem. Kompów (w tym pakietów Office) i komórek też się nie pozbędziemy. Mają przecież wiele zalet jakby nie było.
Czy nasz język jest skazany na śmierć. Chyba tak. Ten "wyrok" mogą jedynie odwlec w czasie szkoły i rodzice. I jedni i drudzy powinni w jak najbardziej atrakcyjny sposób nakłaniać młodzież do czytania. I to od najmłodszych lat. Tylko czy w epoce ściąg i pigułek to coś da? Kurcze czarno widzę.
Warto się nad tym zastanowić. To już choroba cywilizacyjna i bardzo poważny problem współczesnego młodego pokolenia. Problem wymagający szerokiej dyskusji w gronie polityków, pedagogów, nauczycieli, socjologów i językoznawców. Także artystów ponieważ często to na ich "pracach" wzorują się ludzie. Ich język też coraz bardziej schodzi na psy. Podobnie jest w polityce. Nigdy nie będzie dobrze jeżeli sprawę będą olewać ci którzy reprezentują naród oraz docierają do milionów za pomocą mass mediów. Oni wszyscy winni dawać dobry przykład.
Róbmy coś nim nadejdzie dzień w którym dzieci w szkołach zamiast elementarza otrzymają  rysunkowy spis emot do zapamiętania.

piątek, 1 lipca 2011

Fajka (nie)pokoju

Zastanawiam się dlaczego wciąż tylu polaków pali. Sprawa wygląda o tyle dziwnie że starsi to rzucają a młodzi zaczynają. Ci pierwsi rzucają bo pewnie już czują że z ich organizmem coś jest nie tak. Ci drudzy zaczynają bo to okres buntu, eksperymentów i pragnienia bycia kimś w towarzystwie. No i zdrówko jeszcze dopisuje.
Ogólnie na zachodzie raczej się od palenia odchodzi. Edukacja i kampanie jakieś tam rezultaty przynoszą. Szkoda że nie u nas. Na przystankach i korytarzach aż się roi od tzw. kurzoków. 
Najśmieszniejszy jest opór i determinacja takowych. Muszą zapalić za wszelką cenę. Nie straszna im nawet pogoda. Na dworze mróz minus 20 stopni, pora wieczorowa a jeden z drugim w ciepłej kurtce stawia jak głupek na balkonie by sobie ulżyć. Dobrze że chociaż nie palą w domu. Pozytywne jest to że Polacy coraz rzadziej palą tam gdzie przebywają małe dzieci. Aby tyle.
Nie kumam jednak czemu są aż tacy głupi? Nie dość że fajki są coraz droższe to jeszcze zabijają. Zawierają w sobie kilkadziesiąt substancji chemicznych. Palacze znacznie częściej chorują (i umierają) na raka. Poza tym wszyscy skracają sobie życie o kilka lat. Wiecie jak wyglądają zniszczone papierosami płuca, mózg i krtań? Ja wiem. Pokazywali mi to w bardzo dużym zbliżeniu na wykładach. Zatrważający widok. Tym bardziej dziwię się że miłośników dymka to nie rusza. Nałóg tak im zakopcił rozum że nie myślą logicznie. Ci którzy to rzucili, a palili dużo stwierdzali po jakimś czasie że nie tylko lepiej się poczuli,  ale też zwróciła im się wypłata (i to to nie jedna). Na ten zgubny nałóg idzie bowiem majątek.
Niedawno w życie weszła ustawa zakazująca palenia w wielu publicznych miejscach (szkoły, knajpy, przystanki, szpitale). Za złamanie tych przepisów może grozić grzywna jednak z tego co kilka razy widziałem mało kto się tym przejął (za wyjątkiem restauracji i pubów). Ci którzy mogliby interweniować też nie interweniują gdyż musieli by karać po kilkadziesiąt osób na raz. Walka z wiatrakami. Właściciele lokali gastronomicznych by nie splajtować utworzyli w nich sektory dla palących. Stanowią bowiem bardzo liczą grupę klientów którą szkoda by było tracić tylko dlatego że weszły jakieś głupie przepisy.
Fajnie że starsi mądrzeją. Szkoda tylko że po szkodzie (kiedy coś boli i dusi). Poważniejszy problem to dzieciaki który zaczynają palić coraz więcej, w coraz młodszym wieku. Nie potrafią się temu oprzeć. Dla nich fajka to dowód na dojrzałość, niezależność, wolność. Nie chcą być wyśmiani i nazywani ciotami. Palą by dostosować się do innych (idiotów). By być kimś. To próba zaspokojenia potrzeby szacunku, akceptacji, przynależności i dowartościowania ze strony rówieśników. Przykre że chcą to osiągnąć poprzez zabójczy nałóg. To przecież rozłożona w czasie eutanazja! Strzał w łeb w zwolnionym tempie! Jak można zapraszać do tańca kostuchę? Serio nie pojmę tego nigdy.

Jak temu zaradzić? Ciężko. Nadal trzeba edukować. Akcji, reklam i kampanii nigdy za wiele. Już od najmłodszych lat trzeba młodym pokazywać zagrożenia związane z paleniem. Warto nawet użyć materiałów drastycznych. Co dzieciaków nie zabije to je wzmocni. Trzeba działać na wyobraźnię. Edukować w sposób atrakcyjny (filmy, spoty, prezentacje, spotkania z expertami takimi jak terapeuci, psycholodzy, pedagodzy, lekarze itp). tak by dotarło do świadomości. 
Należy pamiętać iż fajki niszczą nas od środka. Osoby które boją się długiego, bolesnego umierania powinny niezwłocznie je rzucić.
Tango z kostuchą może uczynić nas sławnymi... w piekielnej otchłani. Swoisty taniec z demonami:D

Lenie!

Bezrobocie w Polsce wynosi ponad 13%. Spada jedynie latem kiedy wielu młodych podejmuje się robót sezonowych. W rzeczywistości liczba ta będzie jednak większa ponieważ nie każdy rejestruje się w urzędzie pracy. 
Nie będę tu pisał o bezrobociu wśród młodych (chętnych do roboty w większości) tylko o tych którym pracować się nie chce. Takich jest masa. Dlaczego tak jest? Bo polak chce zarobić, a się nie narobić. Dla Kowalskiego nie istnieje coś takiego jak uczciwe dorobienie się wysokiego stanowiska. Ci którzy pracodawcami nie są uważają że KAŻDY prywaciarz to cwaniak, wyzyskiwacz i krętacz. Szufladkują ich. Taka postawa to owoc zazdrości, złośliwości, frustracji, braku pewności siebie i dowartościowania ze strony innych.
W sumie nie ma się co dziwić. Co chwilę czytam że ktoś tam nie dostał należnego wynagrodzenia (w tym za nadgodziny), urlopu, albo że musiał wracać z takowego (na własny koszt) bo takie było widzi misie szefa. Czytam że prywaciarze wrednie wykorzystują bezrobocie. Modlą się by było jak największe bo wtedy smycz na której uwiązany jest ich pracownik jest krótsza. Wszyscy się boją utraty pracy więc ślepo i lojalnie pozwalają sobie włazić na łeb. Siedzą cicho bo wiedzą że na ich miejsce pojawi się stu innych. W razie jakiegokolwiek szwindla lub przekroczenia uprawnień głową płaci tylko pracownik. Pracodawca trzyma się stołka bo stać go na prawników. Przy tym wszystkim nie znamy kodeksu pracy więc nie wiemy co nam się należy i do czego szef nie ma prawa. No ale tu sami jesteśmy sobie winni.
Nie dziwota więc że przeciętny Kowalski o swoich panach myśli tak a nie inaczej. Przez jednostkę cierpi ogół uczciwych prywaciarzy (bo tacy też są:P). Nie wspominam już o tym że niektórzy (nieuczciwi) lubią nie ubezpieczyć swojego "niewolnika" by zaoszczędzić parę groszy. Poza tym hanys (Ślązak) nie lubi kiedy jego panem jest gorol (ktoś z poza Ślaska), a to jest na porządku dziennym. Widać są cwańsi i wiedzą woku kogo i gdzie się obrócić. Wszyscy chcemy być panami swojego losu. Nie trawimy dyktowania warunków, a przy tym boli nas kiedy widzimy że ktoś ma się lepiej od nas. Głupio nam więc brać oferty z PUP. Nie dość że jest ich bardzo mało to dotyczą gł. prac za które zabierają się wyłącznie desperaci po podstawówce, długotrwale bezrobotni, korzystający nieraz ze wsparcia MOPS. Chcemy prestiżu, władzy i kasy. Stąd czekanie na ofertę marzeń i ucieczka w szarą strefę (tu również nie dziwota: podatki na prawdę zjadają nam sporą pensji).
Kolejna rzecz to nasz konserwatyzm, roszczeniowość i egocentryzm. Nie umiemy być elastyczni. Wymogi się zmieniają. UE narzuca często ich spełnienie tudzież uzupełnienie kwalifikacji. Zmieniają się wymogi dotyczące wykonywania określonych zawodów. Dotyczy to gł. budżetówki ale nie tylko. Za mało w nas chęci by swoje kwalifikacje zwiększyć. Za dużo u nas osób tylko po tzw. pedałówie (podstawówce). Szybko się zniechęcamy. Uważamy że bezrobotny osobnik po 50-tce nigdy niczego nie znajdzie bo za stary. W ogóle nie dążymy do poszerzenia horyzontów, doskonalenia się. Słyszymy "masz", nie słyszymy "daj". Żyjemy nadal w komunie. Takie mam wrażenie. Ciało tutaj, a serce i dusza w PRL gdzie wielu funkcjonowało wg. hasła "czy się stoi czy się leczy dwa tysiące się należy". W sprawach pracy sugerujemy się tym co ktoś powiedział, co gdzieś usłyszeliśmy i tym co było kiedyś. Jednocześnie niepotrzebnie przejmujemy się tym że ktoś nas wyśmieje, nazwie frajerem. Wstydzimy się zarabiać najniższą średnią bo sąsiad nas obgada (znów frajer bez znajomości). Wolimy nie mieć nic i narzekać lub właśnie robić na czarno nie myśląc przyszłości (ubezpieczenie, emerytura). Opinia innych, szpan są ważniejsze niż nasz los za kilka/kilkanaście lat.
Wiem że za tysiąc złotych rodziny wyżywić się nie da ale czasem jest to jedyne rozwiązanie. Jeżeli chłopie od roku nie ma dla ciebie fajnej oferty, jeżeli nie pracujesz na czarno to bierz to co dają. Za siedzenie w fotelu nie płacą a 1000 zł drogą nie chodzi. Zawsze jest szansa na to że komuś się spodobasz i poleci się jakiemuś swojemu wpływowemu kumplowi. Tak się często awansuje. Wystarczy być sumiennym, pracowitym, wszechstronnym (bardzo mile widziana dziś cecha)  i rzetelnym.
Lenistwo wynika więc z chciwości, konserwatyzmu, egocentryzmu (co mi tam będzie jakiś nowobogacki pier...ł że nie mam matury) oraz maniakalnej, ślepej potrzeby bycia lepszym od bliźniego. Bolączką są nasze cechy narodowe.
To pierwsza rzecz. Druga to niestety podatki i biurokracja. Gdyby te pierwsze były niższe a tego drugiego było by mniej to mielibyśmy większe zarobki, więcej miejsc pracy, zakładów i więcej inwestycji.
Jednak do tego w Polsce nie dojdzie chyba nigdy. Ostatnio rozmawiałem z babką która zamknęła swój sklep w Piekarach bo nie poradziła sobie z podatkami i papierami. O czymś tam zapomniała. Wpadła w spiralę pism, wyjaśnień, decyzji i dokumentów. Zrezygnowała. Państwo nie wyciąga pomocnej dłoni do tych którzy zatrudniają/mogą zatrudnić większość z nas - prywatnych przedsiębiorców. Widocznie ma dzięki temu zysk. Potencjalni inwestorzy nie chcą się u nas rozwijać gdyż zbyt dużo tracą. Za dużo papierków i potrąceń urzędowych. Każdy chce zyskiwać a nie tracić.

Kolejna rzecz - urzędy pracy i pomoc społeczna nadal zbyt często dają ludziom rybę a nie wędkę. Uczą ich bierności i tego że wszystko im się od państwa należy. Zasiłki są za duże. Ciągle zbyt mały nacisk kładzie się na szkolenia kursy i aktywizację. Jeżeli jakieś kursy już są to raczej daremne. Brakuje takich na prawdę dziś niezbędnych (prawko itp). Po co komu kurs szwaczki skoro osoba która go ukończy i tak nie dojedzie tam gdzie akurat takowej będą potrzebować bo daleko/nie ma autobusu. Jesteśmy narodem wygodnym. Wielu tkwi w domach tylko dlatego że nie ma dla nich roboty na miejscu.

Pracy w Polsce jest sporo. Ofert szkoleń i projektów (w tym POKL) również. Szkoda że nie ma na nie chętnych. Młody po studiach, bez doświadczenia chce od razu zarabiać 30000 netto. Tak nie ma nigdzie moi drodzy. Na pozycję i kasę trzeba sobie zasłużyć pracowitością, kreatywnością, determinacją i zaangażowaniem.  Jesteśmy lenie to prawda. Stoimy w miejscu. Nie chcemy ewoluować (w tym: dokształcać się). W większości przypadków sami jesteśmy sobie winni jednak państwo zadania nam nie ułatwia. Nim jednak zaczniemy na nie narzekać zastanówmy się nad sobą. Chcieć to móc i to bez modnych znajomości. Wystarczy powalczyć.

Imperia - Secret Passion (2011)

Po dłuższej przerwie w recenzowaniu muzy (związanej z dużą ilością nowych płyt do przesłuchania) pora by dział zaktualizować. 
A zatem Imperia i jej najnowszy album "Secret Passion". Dla niewtajemniczonych informacja iż grupa pochodzi z Holandii i jak dotąd wydała trzy albumy. Wykonuje ona metal symfonicznym z elementami gotyku. Trzonem kapeli jest charyzmatyczna, obdarzona ciekawym głosem wokalistka Helena Iren Michaelsen. 
Cóż, muszę przyznać że poprzednich dwóch poprzednich płyt nie słuchałem. Nie wiedzieć czemu pominąłem ten zespół czego dziś bardzo żałuję. Najnowsze dziecko Imperii to bowiem krążek przynajmniej bardzo dobry. Już okładka intryguje. Przedstawia odzianą w długą, białą suknie niewiastę trzymającą w ręce wiolonczelę i siedzącą na huśtawce w ciekawie wystylizowanym lesie. Na ziemi leżą jesienne liście. Obrazek klimatem przypomina mroczne baśnie w stylu "Labiryntu Fauna", "Zmierzchu" i dzieł Tima Burtona (Alicja w krainie czarów, Edward nożycoręki itp) czyli to co lubię najbardziej. Podjarany opakowaniem wziąłem się do słuchania.
Od strony technicznej rewelacja. Wszyscy muzycy wywiązali się z zadania na szóstkę. To samo trzeba powiedzieć o pani Helenie - mocny, chwilami operowy głos. Mamy tu prawdziwe bogactwo instrumentów. Oprócz gitar i perkusji z łatwością wyłapiemy wiolonczelę i fortepian. Te ostatnie nadają utworom pięknego, baśniowego klimatu. Słuchając ich przenosimy się w wyobraźni do pięknej krainy leśnych elfów, wróżek, wampirów, zamglonych jezior i zamków. Jako że to metal większość piosenek utrzymana jest w mocnym, ale i melodyjnym, chwytliwym rytmie. Całość charakteryzuje się  raczej średnim tempem. Bardziej charyzmatycznie i jednocześnie dynamicznie jest w genialnych refrenach. Nie będę opisywał kolejno wszystkich ścieżek bo są one w miarę równe. Ciekawostką jest za to utwór "Mistress". Różni się od reszty tym że zawiera w sobie sporo elektroniki. Dla jednych będzie to kit psujący całość, a dla innych dowód na to że band lubi eksperymentować i pozytywnie zaskakiwać (oryginalność, ewolucja).
"Secret Passion" bardzo mi się spodobał choć wcale się tego nie spodziewałem. Nie jest to nic nowego bowiem wcześniej takie zespoły jak chociażby Within Temptation nagrywały już płyty w podobnych klimatach (Silent force). Mimo wszystko Imperia trzyma bardzo wysoki poziom. Nie ma się czego wstydzić. Jest dobrze zaśpiewana i zagrana. Wprowadza tajemniczą, romantyczną atmosferę (za sprawą świetnych chórów). Wszystko stanowi bardzo dobrze zgraną i zsynchronizowaną całość. Nikt się niepotrzebnie nie wychyla. Dyscyplina oraz współpraca chórzystów i instrumentalistów z wokalistką winny stanowić wzorzec dla innych tworzących podobne brzmienia.
Album powinien przypaść do gustu także tym którzy fanami metalu symfonicznego nie są. Słucha się go bowiem z największą przyjemnością. Wpada w ucho jak mało co. Omijać powinni go z kolei ci którzy kochają growle, agresję, szybkie perkusje tj. nutki z pod bandery heavy/black/trash/death. 
Polecam nową Imperię. Warto:)

Moja ocena: 8,5/10

Szyby pełne łez

Za oknem coś czego nie lubi chyba nikt oprócz gleby - deszcz. I to obfity. Leje jak cholera od wczorajszego wieczora. Szaro, buro i ponuro. Na trawniku mnóstwo winniczków. One też cieszą się z panującej aury. Jest chłodno i nieprzyjemnie. Można by rzec iż piękną jesień mamy tego lata.
Lubię krótkotrwałe burze i ich cechy charakterystyczne jednak długotrwałej ulewy wręcz nienawidzę. Człowiek jakiś taki smutny i zmęczony. Depresyjna atmosfera. Niechęć do robienia czegokolwiek i gadania z kimkolwiek. Z drugiej jednak  strony to okazja by nadrobić zaległości w sztuce (muzyka, książka, prasa). Telewizja odpada. Za dużo wojny polsko-polskiej. Cóż, jutro ma być lepiej. W takim klimacie leżymy. Więcej w nim dni chłodnych aniżeli ciepłych. Nie dziwię się że Polacy wolą taką Grecję czy Egipt. U nas pogoda jest zbyt niepewna i nieprzewidywalna. 
Płaczące przede mną okno nie napawa optymizmem. Ludzie wychodzą tylko tam gdzie muszą. Znudzone dzieciaki zamiast robić coś pożytecznego zapychają łącza grając online. Nawet pies ma doła. A i kanarek przeistoczył się w kłębek.
Zrozummy jednak naturę. Przyroda potrzebuje wody. Niechaj więc korzysta. Oby nie za długo.
Posłuchajcie jeszcze klimatycznego utworku. Wsłuchajcie się w deszcz:)

środa, 29 czerwca 2011

Los drogowego słabeusza czyli jak kot gnębi mysz

Jak wiecie kocham jeździć na rowerku. Jeżdżę kiedy i gdzie tylko mogę. Nawet jadąc do Tesco (do którego ma bardzo blisko - ok. 10 min piechotką) wsiadam na jednoślad. Jak też wiecie niedawno weszły nowe przepisy nieco ułatwiające życie rowerzystom. Mogą oni m.in:
- jechać jeden obok drugiego (jeśli znacząco nie blokuje to ruchu innym)
- jechać chodnikiem jeżeli ruch jest bardzo wzmożony lub jeśli panują złe warunki pogodowe (tu należy ustępować pierwszeństwa pieszym)
- można wyprzedzać z prawej strony samochody stojące na światłach/przed drogą bez pierwszeństwa przejazdu
- można zjechać na środek skrzyżowania chcą na nim skręcić
- na ścieżkach rowerowych pierwszeństwo ma rowerzysta (zawsze nawet jeżeli wjeżdża na nie auto chcące skręcić).
Fajnie ale... no właśnie. Zawsze musi być jakieś "ale". Otóż kierujący samochodami nadal nas - rowerzystów nienawidzą. Sprawiają wrażenie jakby nie znali nowych zaleceń. A może nie chcą ich znać?
Tak czy owak dzisiaj w kilku miejscach postanowiłem sprawdzić czy ktoś faktycznie  przejmie się moją obecnością na ulicy. Najpierw zjechałem na środek skrzyżowania (można przecież) gdyż chciałem skręcić w lewo. Nagle usłyszałem za sobą klakson, a następnie okrzyk "posuń się k...a!". No to się lekko posunąłem. Po kilkunastu minutach obok mnie pojawił się (na rowerze) kolega. Kawałek tak właśnie jechaliśmy - obok siebie  bo MOŻNA. Niestety kolega po kilku klaksonach i obelgach w stylu "co robisz k...a" musiał wyrównać do krawężnika. Pożegnałem się z nim w centrum miasta. Następnie zjechałem na chodnik i pomknąłem nim ponieważ droga w remoncie a ja nie chciałem tkwić w korku. Chodnik przecinał jakiś wjazd. Ja jednak jechałem nim przed siebie myśląc że skoro jestem na chodniku (bo mogę) i jadę prosto to skręcający na parking (nie oznakowany)  samochód zwolni i poczeka aż przejadę. Nie zaczekał. Skręcił z piskiem opon i wrył się metr przede mną. Prawie przeleciałem przez kierownicę. Pieszy idący za mną wymruczał jedynie pod jego adresem wyraz "debil". 
Tamten zrobił to z piskiem ponieważ z naprzeciwka już nadjeżdżały auta. Miałyby pierwszeństwo gdyż jechały prosto. Kolesiowi nie chciało się czekać.

Dojechałem i jak widać jestem zdrów, w jednym kąsku.

Kiedy zaczniemy się szanować na drogach? Kiedy zmotoryzowani przestaną szpanować przed rowerzystami swoimi gabarytami i mocą? 
Dlaczego ciągle wyładowują złość na słabszych rowerzystach? Klną, krzyczą. Niektórzy nawet straszą tym że jeśli nie zjadę na bok to po mnie przejedzie. Serio. Miałem taką sytuację. Spieszą się ciągle. Ciekawe gdzie. Chyba do więzienia. Rowerzysta boi się takich sytuacji i ustępuje tym debilom. Ci z kolei wiedzą o tym i wrednie to wykorzystują. Ilu jeszcze rowerzystów zginie nim kierowcy aut przyzwyczają się do nowych zaleceń? Mam wrażenie że oni nie chcą się z nimi pogodzić. Wkurwia ich że marny rower ich wyprzedza lub stoi przed nimi na skrzyżowaniu. To dla nich upokarzające. Oznaka frajerstwa i uległości. Trzeba więc pokazać takiemu słabeuszowi kto tu ma większy atut (czytaj: broń).
Czemu nie chcą zaakceptować tych na których są skazani i których będzie coraz więcej (droga benzyna, zwrotność, możliwość uniknięcia korku, moda na zdrowy styl życia)???? 
To bardzo przykre. 
Jak temu zaradzić? Przede wszystkim budując ścieżki rowerowe. Im będzie ich więcej tym lepiej. Będzie wilk syty (kierowcy samochodów "uwolnieni") i owca cała (cały i zdrowy rowerzysta). 
Poza powyższymi dobrze by było na kursach prawa jazdy uczyć przyszłych kierowców jak się zachowywać widząc jednoślad bez silnika. Na te kwestie trzeba poświęcać więcej czasu podczas kursów. Trzeba wpajać tym baranom że nie są na drodze panami. Należy im uświadamiać co grozi za łamanie przepisów i skrzywdzenie rowerzysty. 
Podobnie szkoły (gł. podstawowe i gimnazja). Zajęcia z policjantem jak najbardziej wskazane. Edukować, uświadamiać winniśmy w nieskończoność. Także w terenie (by lepiej wchodziło do głowy i było atrakcyjne). Młodzi powinni mieć opanowaną wiedzę dotyczącą wyposażenia roweru (lampy, odblaski, kamizelki, kask, ochraniacze, pompka) oraz zasad poruszania się nim po szosie. Bardzo ważne są też postawy pierwszej pomocy.
Działania w tym zakresie powinny być długoterminowe, systematyczne i kompleksowe (współpraca policji ze szkołami i rodzicami). 
I na koniec małe pocieszenie dla miłośników rowerów. Apel do zmotoryzowanych:
Powyższe przepisy mimo braku ścieżek rowerowych weszły i trzeba ich przestrzegać. Takie mamy prawo. No chyba że wolicie kogoś zabić, iść siedzieć lub zapłacić mandat (w najlepszym wypadku). Tak czy siak nie macie wyboru. Rowerzystów szanować będziecie musieli coraz częściej bo będzie ich coraz więcej (także zimą). Oczywiście nie musicie tylko że wtedy (jeśli będziecie olewać te przepisy) będziecie surowo karani więzieniem lub mandatem w najlepszym wypadku. Możecie też być pewni że wasza ofiara upubliczni wasz wizerunek i zapamięta numery rejestracyjne. Nie wszystkich zabijecie. Jeżeli poszkodowany nie będzie w stanie tego zrobić to wyręczy go kolega lub przechodzień. Udupią was prędzej czy później. Utracicie wiarygodność w oczach pracodawców i szacunek w oczach rodzin. Życie wam się zawali. Są duże szanse na to że wasze facjaty zaistnieją w sieci. Macie wybór. Albo zaczniecie się liczyć z rowerzystami albo źle skończycie. Pomyślcie! W ostateczności zabijecie kilku takowych. Będą się następnie pławić w królestwie niebieskim,  a  wy staniecie się darmowymi panienkami do towarzystwa dającymi dupy łysym osiłkom w pudle. Wasza sprawa, wasza decyzja i wasze sumienie.

Gniew natury

Mamy lato więc od czasu do czasu pojawiają się będące efektem zetknięcia  zimnych mas powietrza z ciepłymi  burze.
To gwałtowne zjawiska atmosferyczne. Bardzo się ich boimy ponieważ pojawiają się często znienacka i dokonują zniszczeń. Towarzyszy im ciemność, bardzo silny wiatr, grzmoty, błyskawice, oraz intensywne opady deszczu (lub gradu). Jest chłodno, nieprzyjemnie i niebezpiecznie. Burze zrywają dachy, wyrywają drzewa, uszkadzają słupy energetyczne, powodują powodzie i podtopienia. Wreszcie - mogą doprowadzić do trwałego uszkodzenia wszystkich urządzeń elektrycznych w tym naszych najukochańszych komputerów. Wkurzamy się kiedy nadchodzi burza bowiem wtedy żądają od nas wyłączenia sprzętu. Możemy oczywiście nie posłuchać ale to duże ryzyko. Ostatnio mój kumpel się o tym przekonał. Grał sobie w coś na laptopie. Woku szalała burza. Czas między grzmotem, a błyskiem był coraz krótszy. On jednak wniknął w świat gry na dobre. Nagle lampy zaczęły pulsować. On jednak nadal grał. Po chwili błyskawica rozświetliła podwórze (potężny huk). W mieszkaniu wszystko zgasło. Chwilkę później kumpel usłyszał jakieś trzaski w gniazdku. Jakby świerszcz. Spojrzał na nie i DUP! Zobaczył w nim tylko iskrę oraz.. czarny ekran laptopa. Sprzęt wart ponad 3000 zł padł. Tego wieczoru kolega pobił rekord w ilości wypowiedzianych kurew. Rankiem następnego dnia udał się do serwisu. Pan po krótkich oględzinach orzekł iż naprawiać się nie opłaca. Spalona płyta główna. Naprawa wyszła by ok. 1000 zł. Poddał. Się. Przez jakiś czas korzystał z PC siostry. Później kupił sobie własnego PC. Od tamtej pory zawsze wyłącza komputer w czasie burzy. Szkoda że nie jechał na baterii hahahahahahaa!!!!
Podobny przypadek spotkał moich sąsiadów. Zjarało im nowiutką, mającą 6 dni plazmę i kino domowe. No i znów rekord w kurwowaniu  pobity.
Nie ryzykujmy moi drodzy. Piorun nie wybiera. Jeżeli od grzmotu do błyskawicy mijają 3 sekundy (lub mniej) to wyłączajcie wszystko co się da. Warto pamiętać że sieć elektryczna to całość. Rzadko kiedy zjara nam tylko jedno urządzenie. Przeważnie pali się wszystko co jest akurat podłączone. Efekt domina. Nie umrzemy jeżeli przez jeden wieczór nie skorzystamy z fejsa bądź gg. Najważniejsze jest "życie" sprzętu. 
Z drugiej strony jakakolwiek awaria prądu pokazuje nam jak bardzo jesteśmy uzależnieni od kompa. Człowiek nie ma co z sobą zrobić. Wkurwia się i czeka aż naprawią. Nie potrafi zająć rąk. Nie potrafi zająć się czymś innym. Straszne. Choroba cywilizacyjna.

Ok, tylko że ja właściwie nie o wpływie burzy na sprzęt, a o jej pięknie. Może zabrzmi to dziwnie ale kocham burze. Uwielbiam obserwować ten taniec liści, wiatru, szarości i deszczu. Uwielbiam wdychać te schłodzone powietrze i patrzeć na efektowne, jasno niebieskie lub lekko różowawe błyskawice. Bunt i potęga natury. Niepokonana i nieprzewidywalna, wszechmogąca siła wobec której człowiek i jego technologia to totalne zero. Patrząc na te zjawiska jestem oczywiście w domu lub na balkonie. Nie ryzykuję z aparatem na dachu domu:P
Burza to sygnał. To przypomnienie  kim jesteśmy i ile znaczymy. Szacun:)
Poza tym widok tęczy nad miasteczkiem bo burzy - bezcenny. Symbol nadziei;)

wtorek, 28 czerwca 2011

Klęska urodzaju "roślin"

W czasie ostatniego długiego weekendu znów zginęło kilkadziesiąt osób. Policja zatrzymała ponad 2 tysiące nietrzeźwych kierowców. Kilkaset osób zostało poważnie rannych.
Co roku na polskich drogach umiera średniej wielkości miasteczko. Jeżeli chodzi o ilość zabitych to jesteśmy rekordzistami w Europie. Górujemy we wszelkich, niechlubnych statystykach. Mamy najwięcej trupów, pijaków, kolizji, potrąceń pieszych, wypadków z udziałem motocykli i rowerzystów, wypadków na przejazdach kolejowych, w tunelach itd. Mamy również najgorsze drogi, najmniej autostrad oraz dróg ekspresowych. Czasem się zastanawiam czy to aby na pewno XXI wiek.
Dlaczego Polacy tak jeżdżą? Jakim cudem nie docierają do nich powtarzane od kilkunastu lat apele policji. Czemu nie reagują na reklamy, bilbordy, kampanie edukacyjne, akcje promocyjne i filmy/spoty ostrzegawcze?! Nie potrafię tego pojąć. Są głusi? Ślepi? A może jedno i drugie. Trudno tu zwalać na chujowe drogi. Logika mówi że jeżeli chłopie droga jest dziurawa to MUSISZ swoją prędkość i odstęp między pojazdami do niej dostosować. Chyba nie sądzisz że do szosa dostosuje się do ciebie idioto?! Tak samo się robi jeżeli mamy brzydką pogodę (nie wspominając już o zmiennych porach roku).
Jak to się więc dzieje że ciągle jeździmy nieostrożnie, za szybko, że na siłę wyprzedzamy, nie ustępujemy pierwszeństwa (nawet tam gdzie wymaga tego znak), olewamy rowerzystów oraz pieszych?! I druga rzecz: czemu tylu kierujących prowadzi pod wpływem alkoholu?!
Nie pomagają żadne akcje, filmy, kampanie społeczne, przestrogi kierowców rajdowych, kapłanów (którzy również włączają się w akcje) itd. Na nikim nie robią wrażenie drastyczne zdjęcia i spoty. Nie przejmujemy się widząc mózg obok skrzyni biegów czy rozerwane na kawałki zwłoki leżące pod autobusem. I co najdziwniejsze - nie potrafimy się uczyć na błędach swoich lub znajomych których dotknęła tragedia. Dla mnie to chore. Oznaka totalnej głupoty, bezmyślności, naiwności oraz  nieodpowiedzialności.
Ciągle wydaje nam się że jesteśmy szczęściarzami, farciarzami. Że to wszystko co się mówi o wypadkach nas nie dotyczy. Że to świat istniejący gdzieś obok poza nami. Polacy uważają się na dobrych kierowców. Widząc ich niewinne minki w telewizji kiedy jakiś dziennikarz zadaje im pytania - ręce opadają. Narzekają na radary, drogi, kierowców ze wschodu, policję, pogodę. U siebie winy nie widzą. "Co złego to nie ja".
Tacy policjanci z drogówki i strażnicy miejscy to dopiero muszą mieć ubaw słysząc jednego czy drugiego po zatrzymaniu do kontroli. Nasi kierowcy to fenomenalni komicy i bajkopisarze. Mówią że jechali za szybko bo żona zaraz rodzi, bo zaspali do pracy, bo dzieci płaczą w domu, żelazka nie wyłączyli i inne brednie. Z kolei ci złapani po pijaku bełkoczą że owszem pili, ale kilkanaście godzin wcześniej. Są jeszcze w stanie ostro spierać się z gliniarzem. Próby przekupstwa też są na porządku dziennym.
Nie kumam jak dorosły facet czy baba może nie wiedzieć że alkohol tkwi we krwi przez conajmniej 24 godziny?! Zupełnie jakby przybyli z innej planety. Kto im dał prawko?! Co robili na kursach?! Głowę dam nie niektórzy zdali za dziesiątym razem dając instruktorowi w łapę.
Samochód w rękach polaka stanowi narzędzie walki i zbrodni. Jesteśmy z natury agresywni, nerwowi, zestresowani, rozkojarzeni, zawistni i zazdrośni. Nie lubimy być gorsi od innych. Lubimy za to być "naj". Nie lubimy słuchać rozkazów. Chcemy sami o sobie decydować. Nienawidzimy gdy ktoś chce nami dyrygować. Takim jesteśmy narodem niestety. Brakuje nam spokoju, optymizmu, szacunku, KULTURY i opanowania. Nasi rodacy często wykorzystują auto do wyładowania złości. Kiedy mamy zły dzień i jesteśmy wkurwieni, humor poprawia nam efektowne wyprzedzenie, pochwalenie się przed innymi kierującymi mocą silnika, zablokowanie kogoś na podjeździe bądź pokazanie np. rowerzyście kto tu rządzi poprzez wymuszenie pierwszeństwa. Tacy z nas katolicy. Postawa iście przyjazna bliźniemu. Coś ci nie wyszło? Wyładuj gniew na niewinnym i słabszym, a poczujesz się lepiej. Tak oto rodzą się drogowi mordercy.

Jak tą masakrę powstrzymać? Jest kilka sposobów które powinny być zastosowane łącznie (działania kompleksowe). Inaczej efektów nie będzie. Są nimi:
1.  Zaostrzenie kar przede wszystkim za przekraczanie prędkości, jazdę po kielichu, olewanie przeglądów pojazdu (bo niby oszczędzamy), wymuszanie pierwszeństwa przejazdu oraz wyprzedzanie. Kierowcom powinno się znacznie częściej odbierać prawa jazdy na stałe. Mandaty też powinny być dużo większe. Kary powinny być bardzo dotkliwe i to zarówno pod względem  materialnym jak i  moralnym. Trzeba upubliczniać wizerunki tych idiotów. Nigdy się nie zmienią jeżeli nie będą piętnowani przez społeczeństwo. Nie zmądrzeją dopóki nie utracą wiarygodności (np. w oczach rodziny, pracodawcy). Samochody też należy odbierać na zawsze. Trudno. Normalne środki nie pomagają. Jedynie bardzo radykalne i dotkliwe działania mogą przynieść pozytywne rezultaty. To jedyna i ostatnia szansa na poprawę bezpieczeństwa na naszych drogach.
2. Lepsze szkolenie zdających na prawo jazdy. Bez wątpienia szkolić należy inaczej. Kursy powinny trwać dłużej. O wiele większy nacisk trzeba kłaść na jazdy po mieście i  bezpieczeństwo pieszych. No i pierwsza pomoc. Powinno się ją włączyć w kurs. Nie potrafimy jej udzielać. Nie chce nam się chodzić tam gdzie pokazują jak ją wykonywać. To bardzo ważne zważywszy na fakty iż tyle osób zostaje u nas rannych w wypadkach. Włączenie jej do kursu było by super rozwiązaniem. Chcąc zdać egzamin musielibyśmy zaliczyć pierwszą pomoc.
3. Remonty, poszerzanie oraz budowanie nowych dróg. Stan tych też wbrew pozorom ma znaczenie choć już nie takie jak nasza rozwaga  i trzeźwość (pijak bez problemu nas zabije i na prostej drodze). Niestety szary Kowalski nie ma na to wpływu. Minie jeszcze wiele lat nim doczekamy się stosownej. Ciągle nie ma na to kasy. Szukamy rozwiązań jak najtańszych przez co nie raz tracimy podwójnie zamiast zrobić raz, porządnie na długie lata. Przykładem tych durnych działań jest wpadka z chińczykami. Mieli nam tanio wybudować autostrady a zrobili nas w ciula. Teraz nie dość że nie zdążymy przed Euro 2012 to jeszcze musimy skorzystać z innej - dużo drożej firmy budowlanej. Polska to jednak piękny kraj. Nie ma to tamto. Prowincja Europy. 
4. Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. I to na poziomie szkoły podstawowe. Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. Dzieciom i młodzieży trzeba organizować zajęcia z policjantem. Dobrze by było gdyby takowe odbywały się w terenie. Warto przy tym pamiętać że młodego człowieka łatwo zanudzić. Powyższe winny mieć więc odpowiednią formę (filmy, prezentacje, dyskusje czyli  tzw. atrakcyjność). Sam tekst nie działa.  Dzieciaki już od najmłodszych lat powinny wiedzieć jak się zachować na drodze, jak przechodzić przez jezdnię itd. Nadal rzadkością są również wszelakie odblaski (lampki, kamizelki, bransoletki). Takie rzeczy powinny być dawane każdemu dziecku w szkole za free. Mała, niepozorna rzecz a chroni świetnie. Szkoła w uświadamianiu ważności bezpieczeństwa na drogach pełni ważną rolę. Powinna na te kwestie kłaść większy nacisk. Częstsze wizyty policji były by na miejscu. Odpowiednia edukacja to połowa drogi do sukcesu. Im jej więcej tym lepiej. Nauczyciele powinni też gadać na te tematy z rodzicami dzieci. Warto pomagać im w wychowaniu, sugerować, doradzać co i jak. Belfer i rodzic zawsze powinni ze sobą współpracować, uzupełniać się. Wtedy wychowywanie będzie bardziej efektywne. Jedni muszą słuchać drugich.
5. Zwalczanie tzw. znieczulicy społecznej czyli przyzwalania na to by nasz znajomy siadał za kierownicę pod wpływem alkoholu. Nie wiem czemu tak się tego boimy. Widzimy że ktoś chlał i wsiadamy z nim do auta. Totalny idiotyzm i igranie z kostuchą. Nie pojmę tego chyba nigdy. Warto się czasem zastanowić i dokonać wyboru. Albo zamawiasz taksówkę i płacisz kilkanaście złotych albo jedziesz z najebanych kolegom za darmo i prowokujesz śmierć. Nie wiem jak wy ale ja uważam że lepiej dać taksówkarzowi te parę złotych niż podróżować z kimś kto może nas zabić. Nie raz okazuje się że nasze życie jest warte tyle ile zapłaciliśmy za kurs. Czasem lepiej zapłacić taxi i... żyć. Warto o tym w taki właśnie sposób pomyśleć. Nie ma sensu przejmować się wyśmiewaniem znajomych. Kierujmy się głową  a nie emocjami. Nie wsiadam do auta z pijakiem tylko dlatego że inni pasażerowie wołają "nie bądź ciota - wsiadaj!".
Alkohol tkwi we krwi przynajmniej 24 godziny. W tym czasie NIE JEDZIEMY. Po 12 godzinach nie czuć jego skutków. Mimo to on nadal w nas jest i cichaczem spowalnia nasze reakcje (podzielność uwagi, szybkość, refleks).

To chyba tyle. Tylko radykalne, długotrwałe i KOMPLEKSOWE działania powstrzymają horror na naszych drogach. Szkoda że na tak wiele z nich brakuje kasy.
Polecam przy okazji filmik "Masz jedno życie". Bardzo ostry ale przemawia.