środa, 22 czerwca 2011

Wizyta w czasie której zegarek jest ważniejszy od gospodarza

Mam na myśli mszę świętą czyli przynajmniej jedną w tygodniu wizytę w domu Bożym. Cotygodniowe spotkanie z naszym Ojcem. Każdy praktykujący katolik, a za takich uważa się ponad 80% Polaków twierdzi  że do kościoła chodzić po prostu trzeba. To obowiązek wierzącego. Kto nie chodzi ten nie ma prawa nazywać siebie katolikiem a praktykującym tym bardziej. W kościele rozmawiamy z Bogiem poprzez śpiew i modlitwę. W kościele przyjmujemy sakramenty święte (chrzest, komunię, bierzmowanie, ślub, pogrzeb itp). W kościele możemy oczyścić duszę poprzez spowiedź. W kościele jesteśmy najbliżej Boga Ojca, jego syna Jezusa, Matki Bożej i Ducha Świętego.Wreszcie - możemy wesprzeć świątynię finansowo.
Jak wiadomo msza święta przebiega według z góry ustalonego schematu. Rzadko kiedy ktoś w niego ingeruje. Jest on co najwyżej wzbogacany takimi elementami jak chór czy wykład misjonarza. Na taką mszę wystarczy iść kilka razy by jej scenariusz wkuć na pamięć. By wiedzieć kiedy klęknąć, usiąść i złożyć ręce. To samo dotyczy modlitw. Po jakimś czasie ta sztywność i surowość zaczyna się nudzić. Człowiek chodzi na mszę niejako z przyzwyczajenia. Tak wypada, poza tym nieobecność w wielu społecznościach kończy się piętnowaniem a tego boimy się zawsze i wszędzie. Nie ma nic gorszego niż być na językach parafian. Nie ma nic gorszego niż utrata "maski" którą na siebie wkładamy by być lepiej postrzeganym.
Nie tak dawno pisałem że kościół upada na własne życzenie, że jest nie utylitarny, zacofany, konserwatywny i sztywniacki. Pisałem również że nie potrafi dogonić współczesności i że staje się dla wiernych coraz mniej atrakcyjny. Msza święta jest tego soczewką. Idealnym przykładem powyższych mankamentów.
Msza to nudna, przewidywalna do bólu i drętwa męczarnia. Godzina która dłuży się nie miłosiernie. Godzina podczas której padają nieraz rekordy w ziewaniu i spoglądaniu na zegarek/telefon. Godzina którą każdy próbuje sobie urozmaicić na swój sposób. Jeden z kimś rozmawia, drugi zabawia dziecko, trzeci przysypia, czwarty spaceruje, piąty się drapie, a szósty obserwuje ptaki, samochody i biegające dzieciaki. Mało kto przeżywa eucharystię tak jak trzeba. Teraz kiedy na dworze jest ciepło tą godzinę jest jeszcze trudniej wystać. Niektórzy modlą się... o cud w postaci awarii prądu lub czyjegoś omdlenia (sensacja odwracająca uwagę od przynudzającego księdza).
Odkąd pamiętam kapłani zawsze mówili że kto nie przeżywa mszy ten nie jest godzien bycia katolikiem. Kto ziewa i nie uczestniczy w niej poprzez np. śpiew temu msza się "nie liczy" i równie dobrze mogło by go w domu Bożym nie być. I w sumie mają rację.
Tak będzie coraz częściej. Ludzie będą chodzić na msze z przyzwyczajenia tylko po to by zaliczyć. Kto jest temu winien? Parafianie? Oj nie - księża i rygorystyczny system. 
Już kilka razy zauważyłem w moim kościele rzecz ciekawą. Mianowicie ludzie pozytywnie reagują na inność tj. zmianę tego z góry ustalonego, nudnego schematu. Wystarczyło że ksiądz opowiedział na końcu żart. Jeszcze lepiej było kiedy parafię odwiedził misjonarz. Gdy zaczął opowiadać o trudnej pracy w krajach trzeciego świata, o zwyczajach tamtejszych ludów i o ich problemach wszyscy od razu przestali ziewać. Pojawiło się bowiem coś innego, świeżego, intrygującego. Dziwne że nasi księża nie podchwycili pomysłu. Wiadomo że misjonarza nie może być na każdej mszy. Chodzi mi bardziej o odświeżenie formy takowej. O włączenie w nią czego innego.
W jaki sposób kościół katolicki nawraca dzikich tubylców z Afryki? W jaki sposób uczy ich naszej wiary? Bynajmniej nie nakazując im stać jak kołki przez bitą godzinę. Coś takiego skończyło by się porażką. Jak więc zachęcają? Ano spontanicznością, śpiewem, tańcem, zabawą, muzyką, folklorem. Przyjemne z pożytecznym. Czemu więc u nas w cywilizowanym świecie tak to nie może wyglądać? Nie ma mowy o głupich wygibasach babci na środku kościoła. Chodzi raczej o uatrakcyjnienie mszy jako takiej. Dodanie luźniejszych elementów. Coś w stylu rekolekcji dla dzieci (kazania na tzw. czasie, rozmowy z poszczególnymi osobami, wymiana poglądów na bieżące tematy itp). Uważam że efekt czegoś takiego zaskoczyłby wszystkich. Takie podejście wymaga pracy ale warto. Watykan i purpuraci powinni o tym pomyśleć póki ludzie jeszcze do kościoła chodzą. Czas działa na jego niekorzyść.

Wielki brat

Nie daje mi spokoju postać jednego z najpopularniejszych polskich polityków - prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. Uważam go za swoisty fenomen. Zaraz napiszę dlaczego.
Nie można mieć zastrzeżeń co do jego inteligencji, wykształcenia, kompetencji i doświadczenia. Patriotą też w sumie jest (za co wielu go chwali). To jego atuty. Jednak jak wiadomo to nie wszystko, a w polityce tym bardziej. W niej oprócz dyplomu z uczelni liczy się osobowość, podejście, postawa, kreatywność, przedsiębiorczość, opanowanie, takt, kultura osobista, uczciwość rzetelność itd. Nie wspominam już o prezencji i odpowiednim wizerunku. To chyba oczywiste. Osobiście uważam że Jarosław Kaczyński posiada jedynie wykształcenie i doświadczenie. Reszta pozostawia wiele do życzenia. 
Codziennie oglądamy wiadomości i programy publicystyczne. Nie ma dnia byśmy nie słyszeli i widzieli prezesa PiS oraz jego współpracowników. Ta postać podoba się ponad 20% polaków. I tu wracamy do jej wspomnianego wcześniej fenomenu. Za co ludzie go kochają? Za program jego partii? Wątpię. Już od dawna w polityce liczy się przecież nie nudny tekst, a osobowość, wizerunek, emocje. Trochę się dziwię że naród akceptuje taki wizerunek, takie emocje i taką charyzmę. Co do tego pierwszego - cóż, wzrostu i postury się nie wybiera. Nie każdy musi wyglądać jak macho z magazynu "Men's Health". Emocje moim zdaniem ten pan wywołuje jedynie złe. I nie mam tu na myśli ciągłej krytyki rządku ponieważ taka jest rola opozycji. Chodzi mi raczej o całkowity brak chęci zawierania jakichkolwiek kompromisów. Skoro chce dobrze dla kraju to powinien umieć dostrzegać zalety przynajmniej niektórych propozycji rządu.
On nie chce. Jest zaślepiony nienawiścią (nie bójmy się tego słowa) do wszystkiego co robi rząd. To najbardziej mściwy, egocentryczny i uparty polityk w Polsce. On i jego towarzysze jakby tego było mało traci często panowanie nad sobą. Nie kontroluje zachowania. Swoje słowa i gesty niejednokrotnie ubiera w niezbyt eleganckie szaty przez co mamy wrażenie jakbyśmy słuchali nie polityków a prymitywnych wieśniaków (nie zawsze trzeźwych).
Osobiście zagłosuję na PO ale nie dlatego piszę ten post. Widzę bowiem wady partii rządzącej. Jej coraz większą nieudolność, gubienie się w problemach i grę pozorów. Widzę że wiele istotnych spraw wygląda obecnie gorzej niż przedtem (bezrobocie najwyższe od 4 lat itp). Twierdzę jednak że wszystko wyglądało by inaczej gdyby czasem największa frakcja opozycyjna z Jarosławem Kaczyńskim na czele pomogła rządowi we wprowadzeniu niektórych przepisów/ustaw.
Prezes PiS nie chce patrzeć. Nie chce słuchać i co gorsza - nie potrafi się uczyć na własnych błędach. Przegrana ostatnich wyborów niestety nie dała mu do myślenia. Zdaje się nie myśleć dlaczego stało się tak a nie inaczej. Żyje historią. Uważa że droga którą obrał w 2005r, a która przyniosła mu ostatnie jak dotąd zwycięstwo jest dobra. Że nie należy jej zmieniać. To dowód na to że oceny w indeksie wcale nie świadczą o naszej inteligencji i umiejętności logicznego myślenia. Chyba że dotyczy to jednego kierunku tudzież jego subdyscyplin. Kaczyński sprawił że w polityce liczy się tylko konflikt. Że tym którzy się z czymś nie zgadzają należy podłożyć świnie, zgnoić, zbesztać (koniecznie publicznie). Jarosław uczy iż zbieranie haków, opór i podstawianie nogi to najlepszy sposób walki. Mam wrażenie że Jarek coraz częściej zapomina o tym że obserwują go miliony par oczu, tysiące kamer, magnetofonów i aparatów fotograficznych. Zapomina że ta arena to polityka od której zależy los nas wszystkich. Prezes Kaczyński tą ostatnią sprowadził do poziomu chlewa w którym jedna świnia pluje błotem inną świnię by dorwać się do koryta. Kompromis i chęć współpracy umarły już dawno. To co w polityce najważniejsze utonęło w bagnie wzajemnej nienawiści. Jakby tego było mało wszystko co opisuję jest pozbawione dyplomacji, kultury i taktu. Bardzo mnie to niepokoi. Pod tym względem Jarosław Kaczyński to rzeczywiście fenomen. Nie pamiętam by ktoś wcześniej tak umiejętnie potrafił wprowadzić taki zamęt. W skłócaniu ludzi prezes PiS jest mistrzem świata. Jego postawa i zachowanie bardzo często przypomina mi dyktatorów. Jarek byłby idealnym władcą absolutnym w stworzonym przez siebie totalitarnym państwie, gdzie każde nieposłuszeństwo było by surowo karane. Wielu ludzi tak o nim myśli. Nie można się temu dziwić. W końcu codziennie udowadnia nam że słowa "kompromis" i "współpraca" dla niego nie istnieją. Jak nazwać kogoś kto nie akceptuje konkurencji (tępi ją wręcz perfidnie)  i  nie chce się w żaden sposób z nikim dogadać? Omawiany pan bardzo przyczynił się do upadku autorytetu polityka jako osoby reprezentującej interesy narodu. Widzimy wieśniaków w garniturach a nie polityków budujących ojczyznę, starających się pozytywnie wpłynąć na los obywateli.
Nadal jednak poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości przekracza 20% co oznacza że lider tej partii jaką tam charyzmę i magnetyzm ma. Nie mogę się jednak nadziwić że lulu ludzi daje mu się przyciągnąć. Są ślepi, głupi, głusi? Trudno orzec.
Na co Kaczyński "łowi" Polaków? Od kwietnia 2010 (śmierć jego brata pod Smoleńskiem) - na litość. Polak to osoba którą łatwo wziąć na litość. Tolerujemy ludzi skrzywdzonych przez los. To nas dowartościowuje bowiem czujemy wtedy że mamy się lepiej. Doceniamy to co posiadamy. Czyjaś tragedia sprawia że zapominamy o wadach osoby której takowa dotknęła. Działamy wtedy nie rozumem, a sercem. Rządzi spontan, chwila i emocje a nie logika. Na szczęście po jakimś czasie to uczucie zanika. Mgła czyjegoś nieszczęścia opada odsłaniając całą prawdę o nim. Tak się też dzieje z "napędem PiS-u - Kaczyńskim. Jego poparcie spada jednak nadal jak na tyle lat fermentu ma się nieźle. Poparcie dla PiS przed 2010 wyjaśnić trudno. To z 2005 które przyniosło im zwycięstwo tym bardziej. Nie wiem co kierowało tymi milionami polaków że oddali głos na Jarka. Pewnie  z  jednej strony nadzieja na to że po nie najlepszym rządach SLD (gdzie nie brakowało afer) będzie już tylko lepiej. Z drugiej strony strach przed eksponującą liberalizm Platformą Obywatelską i tym że zadba jedynie o tych zamożniejszych. Wreszcie - fascynacja uwypuklonym patriotyzmem Kaczyńskiego, który jak mało kto nawoływał do naprawy państwa i wyczyszczenia go ze zła.
Była to cwana zagrywka. Kaczyńskiemu nie można odmówić umiejętności obserwowania przeciwnika i wyłapywania jego potknięć. Na szczęście jego ekipa rządziła tylko przez 2 lata. W 2007r odbyły się przyspieszone wybory. Jarek popełnił szereg tragicznych błędów. Zawiązał z góry skazaną na porażkę koalicję z populistycznymi, radykalnymi partiami: LPR i SO. Rozpoczął zakończoną druzgocącą klęską budowę państwa policyjnego w którym pierwsze skrzypce grały haki, świnie i podsłuchy. Ze swoich ministrów uczynił swoistych kapo. Dobrze że wielu z nich miało swój rozum i zrezygnowało z udziału w tym dreszczowcu (Sikorski, Marcinkiewicz i inni).
Kaczyński potrafi grać naszymi emocjami. Potrafi cwanie wykorzystywać nasze narodowe wady (konserwatyzm, tradycjonalizm, nietolerancję, zawiść i zazdrość). Na szczęście gwiazda prezesa świeci coraz słabiej. Gaśnie bardzo powoli, ale jednak gaśnie. Gdyby nie katastrofa smoleńska i wynikające w dużej mierze z sytuacji na świecie (kryzys) wpadki rządu (PO)  nie świeciła by pewnie w ogóle. Najgorsze w tym wszystkim jest to że Yaro ciągle próbuje grać śmiercią swojego brata i partyjnych kolegów. To pokazuje jakim jest człowiekiem i co jest dla niego najważniejsze. 
Moi drodzy, jesienią tego roku ponownie udamy się do urn by znów spróbować wpłynąć na los, przyszłość naszej ojczyzny. Wybierzemy ludzi którzy naszym zdaniem zrobią to najlepiej. Wybór jest o tyle trudny że w grze są tylko trzy partie. Partie które już rządziło i do których mieliśmy pretensje. To będzie więc wybór najmniejszego zła. Przede wszystkim idźmy na te wybory. Nie zniechęcajmy się. Nieobecność przy urnie będzie oznaką tchórzostwa. Będzie oznaczać że mamy ojczyznę w dupie. Idźmy i oddając głos. Kierujmy się jednak rozumem. Tylko rozumem. Nie emocjami, przeszłością tylko głową. Mamy jeszcze trochę czasu by poobserwować naszych polityków. Przeanalizujmy sobie ich zachowania, postawy, owoce pracy, wizerunek i kulturę. Najważniejszy jest jednak program partii (wizja przyszłości). Te są przez media pomijane. Liczy się dla nich jedynie sensacja. Nie sugerujmy się więc sensacyjnymi newsami i nie rzadko nie obiektywnymi, stronniczymi opiniami/komentarzami. Po to mamy rozum by go używać. By myśleć samodzielnie. Zainteresujmy się programami liczących się partii. Bierzmy pod uwagę całokształt polityków. Nasz wybór powinien być średnią wyciągniętą z programu, wizerunku, postawy, owoców pracy, chęci współpracy z innymi i poglądów.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Wędka, a nie ryba czyli o wadach pomocy społecznej

Pomoc społeczna to instrument polityki społecznej każdego państwa mający za zadanie pomoc osobom i rodzinom w radzeniu sobie w trudnych sytuacjach życiowych, jakich nie mogą one same pokonać przy wykorzystaniu swoich możliwości, uprawnień i własnych środków. Chodzi tu o bezdomnych, bezrobotnych, niepełnosprawnych, starszych i biednych. Także o tych których dotknął kataklizm lub inne niefortunne zdarzenie losowe (np. powódź). Nad pomocą społeczną w Polsce czuwa Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej które rękoma władz miejskich nią zarządza. To właśnie MPiPS każdego roku rozdaje pieniądze województwom. Wojewodowie  z  kolei  gminom. Im gmina większa tym dostaje więcej środków ponieważ więcej w niej potencjalnych potrzebujących. Poza wielkością gminy liczą się także inne dane i statystki (stopa bezrobocia, liczba emerytów itp). W tym celu ośrodki pomocy społecznej współpracują z urzędami pracy i ZUS-em. Co roku wysyłają drogą elektroniczną sprawozdania do ministerstwa. Te może dzięki temu doskonalić pomoc społeczną i wpływać na jej efektywność (by kasa nie była marnowana).
By otrzymać pomoc z ośrodka należy spełnić kilka warunków. Rzecz najważniejsza to udokumentowanie dochodu. Nie może on przekraczać 477 zł netto (osoba samotnie gospodarująca) i 351 zł netto (na osobę w rodzinie). To najważniejsze. Jakąkolwiek chorobę, niepełnosprawność czy inną rzecz sprawiającą problemy socjalno-bytowe również trzeba udokumentować. Katalog wymogów znajdziecie w ustawie o pomocy społecznej. Jest dostępna w sieci.
Oprócz dokumentacji wymagane jest też rozeznanie aktualnej sytuacji rodzinnej i mieszkaniowo-finansowej osoby ubiegającej się o wsparcie. Chodzi mianowicie o wywiad środowiskowy w miejscu zamieszkania przeprowadzany przez wykwalifikowanego pracownika.
Pomoc społeczna jest jak najbardziej potrzebna. Opłaca biednym czynsz, szuka mieszkania bezdomnym, kieruje starszych do domów opieki, opłaca dzieciom kolonie i obiady w szkołach (często jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia), pokrywa koszty środków czystości i odzieży. Dodatkowo służy poradą (m.in prawną), wsparciem emocjonalnym, organizuje kursy i szkolenia.
Chciało by się powiedzieć - idealnie. Ale czy na pewno? Otóż nie. Tu też (jak wszędzie) jest wiele do poprawienia. 
Pomoc społeczną dotknęły dwa negatywne zjawiska - uzależnienie i stygmatyzacja. Oba dotyczą oczywiście pomocobiorców. Stygmatyzacja czyli piętnowanie osób korzystających ze świadczeń socjalnych przez lokalną społeczność. Mowa tu o obgadywaniu, wyśmiewaniu i traktowaniu takich jak obywateli drugiej kategorii. To zjawisko na szczęście zanika. Z jednej strony to dobrze gdyż bycie biednym to żaden wstyd. Ubóstwo nie wybiera. Nikt nie jest na stałe przywiązany do swojego stanowiska pracy. Jednak z drugiej strony zanikająca stygmatyzacja sprawia że przybywa cwaniaków, którzy chcą zarobić, a się nie narobić). W wielu społecznościach doszło już do tego że korzystanie  z  pomocy społecznej stało się czymś normalnym. Stało się łatwym sposobem na życie bez stresu i codziennego wstawania do roboty. Hobby. Tacy ludzie uważają że wszystko im się należy. Nie mają zamiaru  szukać pracy. Uczą się (i swoich potomków) cwaniactwa  i  życia  w ubóstwie. Żyją  na  koszt podatników (uczciwie pracujących) i tak im dobrze. 
Doszliśmy płynnie do zjawiska uzależnienia które w przeciwieństwie do stygmatyzacji postępuje i ewoluuje. 
Pomoc społeczna próbuje co prawda z tym walczyć (poprzez np. szkolenia na których obecność jest obowiązkowa by otrzymać zapomogę lub przydzielanie asystenta) ale to i tak stanowczo za mało. Ośrodki pomocy nadal zbyt mały nacisk kładą na aktywizację, usamodzielnianie oraz uczenie zaradności życiowej podopiecznych. Wolą  iść na łatwiznę i zwyczajnie rozdawać kasę.
Jest to wina w dużej mierze polityków, wadliwego systemu i zbyt niskich nakładów na jednostki organizacyjne zajmujące się wspieraniem. Pracownicy socjalni nie mają czasu na to do czego zostali powołani - kompleksową pomoc z indywidualnym przypadkiem w której nacisk winno się kłaść nie na pieniądze, a poradnictwo i aktywizowanie. Nie mają czasu dlatego że jest ich za mało (zgodnie z ustawą na 2000 mieszkańców przypada 1 pracownik socjalny) i  mają za dużo papierkowej roboty na głowie. To wszystko sprawia że pracownik taśmowo rozdaje pieniądze na swoim rejonie. Nie ma fizycznej możliwości wgłębienia się w problemy środowiska. Reaguje dopiero wtedy kiedy komuś z podopiecznych stanie się coś złego (choroba, bezdomność, zdarzenie losowe, przemoc, molestowanie, alkoholizm, śmierć). Reaguje bojąc się kary przełożonego i  reakcji społeczeństwa. Sami pomocobiorcy też często utrudniają pracownikom życie. Bywa że takowy zostaje pobity, wyrzucony lub w ogóle nie wpuszczony. Media nie słusznie za każdą tragedię oskarżają zawsze opiekę społeczną. Gdyby dziennikarze kilka dni spędzili z pracownikiem socjalnym z pewnością tragiczne wydarzenia relacjonowaliby inaczej. Ale  co tam! Sensacja się liczy.
Ustawa o pomocy społecznej wymaga gruntownej zmiany. Zmiany przede wszystkim podejścia do klienta. Mniej biurokracji, więcej pracowników, mniejsze rejony działań i AKTYWIZACJA. No i nakłady rzecz jasna. Bez nich nikt nic nie polepszy. Więcej szkoleń, kursów, poradnictwa i "lekcji życia". Podopieczni ośrodka pomocy społecznej nie mogą być uczeni że pieniądze należą się za darmo. Że niczego się od nich nie wymaga. 
Dajcie im wędkę,  a nie ryby. To zaprocentuje w ich przyszłości i przyszłości ich dzieci (które nie wyuczą się negatywnego cwaniactwa i roszczeniowości).

Serwisanci Boga

Mowa będzie o bardzo ważnej i niestety ciągle u nas kulejącej dziedzinie medycyny - transplantologii. Dobrze wiemy że czasem zwyczajne leki nie wystarczą. Czasem potrzebny jest przeszczep jakiegoś narządu. Przeszczep to jak wiadomo wymiana chorego narządu na zdrowy. Obecnie można przeszczepiać praktycznie wszystko to co nie znajduje się w głowie. Przeszczep to często jedyna szansa na przeżycie pacjenta. 
Jak również wiadomo by można było przeprowadzić przeszczep trzeba mieć zdrowy narząd. By go otrzymać niestety ktoś musi umrzeć (z wyjątkiem szpiku i nerki). I tu pojawiają się problemy ponieważ naszemu zacofanemu, pseudo katolickiemu społeczeństwu trudno wyobrazić sobie to że ktoś ich po śmierci będzie kroił. Może boimy się tego że bez  ręki czy nogi nie wpuszczają do nieba? Nie wiem. W każdym bądź razie taka postawa i opór mnie dziwią. Ciało po śmierci nie jest nam potrzebne. To dusza rozpoczyna życie wieczne.
Nawet nie zdajemy sobie sprawy ilu ludzi zmarło tylko dlatego że nie doczekali się dawcy narządu. Sam nieboszczyk za życia oświadczył że zgadza się by jego ciało po śmierci stanowiło źródło narządów. Jednak problem stanowi rodzina takiego denata która twierdzi inaczej.
Walczyć z taką postawą jest bardzo trudno. Ludzie boją się tego czego nie znają. Wypadało by więc jeszcze bardziej promować transplantologię. Porady, konsultacje i szkolenia już na etapie szkolnym mogą bardzo pomóc. Zaangażować powinni się nie tylko lekarze ale i pedagodzy, psychologowie , prawnicy, etycy i księża. Osoby publiczne bardzo przyczyniają się do promowania transplantologi i chwała im za to. To jednak kropla w morzu potrzeb. Powyżej wymieniłem m.in księży ponieważ gromadzą tłumy i mają na nie wpływ. Niestety bywają oni różni. Wielu uważa że pobieranie narządów od zmarłego to grzech. Pytanie co jest większym grzechem: pobranie narządu od ZMARŁEGO czy doprowadzenie do śmierci żywego (poprzez nie dostarczenie mu organu)? 
Warto się nad tym zastanowić zamiast słuchać bluźnierstw niektórych duchownych.
Podobno rozwiązaniem jest noszenie przy sobie kartki - zgody na pobranie organów po śmierci (np. w razie naszego  nagłego wypadku). Nawet odpowiednie fundacje kilka razy w roku rozdają takie karty. Wszystko fajnie tylko że nigdy nie mamy pewności czy taka kartka nie zaginie, nie zostanie zniszczona lub zbagatelizowana przez członków naszej rodziny. Warto by było porozmawiać z nimi wcześniej tylko kto z nas, będąc młody i zdrowy myśli o śmierci?
Ostatnio do spadku liczby przeszczepów przyczyniło się aresztowanie doktora Mirosława G, który rzekomo miał brać łapówki, popełniać błędy w czasie zabiegów itp. Ówczesny minister sprawiedliwości - Zbigniew Ziobro (PiS) i jego głupia wypowiedź nie potwierdzona dowodami ("już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie") wywołał ogólny strach. Innym straszakiem była sprawa tzw. łowców skór z Łodzi (sprzedawanie zwłok "zaprzyjaźnionemu" zakładowi pogrzebowemu poprzedzone uśmiercaniem pacjentów w karetce).
Tamte afery na szczęście ucichły, a ich sprawcy zostali ukarani. Polska transplantologia powoli zaczęła wychodzić z dołka. Nadal jednak jesteśmy tu daleko w tyle jeżeli chodzi o liczbę przeszczepów w ciągu roku i bank dawców (ilość zarejestrowanych).
Nierzadko bywa że chory otrzymuje narząd zza granicy bo na polski nie może się doczekać. Dobrze że jest taka możliwość. Dobrze że istnieje współpraca między państwami w tym zakresie.
Boli mnie jednak że tak trudno naszemu społeczeństwu wytłumaczyć iż zgoda na pobranie narządów z ciała zmarłego bliskiego to coś dobrego. 
Państwo powinno wspierać finansowo transplantologię. Powinno się więcej o tym mówić, uświadamiać ludzi. Jak już pisałem wcześniej edukacja, kampanie, akcje, szkolenia i konsultacje byłyby jak najbardziej na miejscu. I to od najmłodszych lat. Warto inwestować w coś co ratuje życie. Choroba bowiem nie wybiera. Nie obchodzi jej pozycja społeczna i zarobek. Po śmierci nie potrzebujemy ciała tylko duszy. Nieśmiertelnej duszy.
Zawsze chcemy być dla innych dobrzy. Chcemy innym pomagać. Nie ma nic piękniejszego niż ratowanie tego co bezcenne - życia.
Ja osobiście wolę oddać swoje narządy po śmierci komuś kto ma szansę żyć niż czekać aż zjedzą je robaki lub strawi ogień. 
"Kto ratuje jedno życie ten ratuje cały świat".

Człowiek zwierzęciu wilkiem

Dzięki wszechmogącym mass mediom i news'owym bombardowaniom na światło dzienne coraz częściej wychodzą tragiczne wydarzenia z udziałem zwierząt. Coraz częściej spotykamy się z agresją wobec zwierząt. Traktujemy je coraz gorzej. Dobrze że powstają cykle w stylu "Zwierzęta są jak ludzie - czują". Dzięki nim nie tylko wiemy co się dzieje, i jacy wredni jesteśmy, ale także uczymy się odpowiednich reakcji widząc takie rzeczy. Nie boimy się odezwać. Jesteśmy odważniejsi. To akurat dobra strona czwartej władzy. Propagowania profilaktyki i edukacji nigdy za wiele. Ze znieczulicą trzeba walczyć. Szkoda że zwierzaki interesują nas dopiero wtedy kiedy media robią szum.
Nie wiem co się dzieje z tymi ludźmi. Agresja wobec zwierząt nie ma miejsca tylko na wsiach. Często dopuszczają się jej dobrze wykształceni ludzie z wielkich miast. I to wcale nie biedni. Zwierzaki zabija się nie tylko po to by je zjeść, zdobyć futro czy jakoś przetworzyć. Coraz częściej morduje się je dla przyjemności, z nudów, chęci zaimponowania komuś. W internecie jest tysiące filmików na których ludzie demonstrują (bez zakrywania twarzy) torturowanie kotów, chomików czy innych milusińskich futrzaków. Sprawianie bólu sprawia nam przyjemność. Kochamy mieć przewagę i władzę nad inną istotą. Jesteśmy odważni bo wiemy że zwierzę się nie poskarży. Nie zadzwoni na policję.
Przyjęło się traktowanie zwierząt jak przedmioty i  pokarm. Wygląda na to że ludzie zapomnieli iż zwierzę to żywa istota która CZUJE to samo co człowiek (ból, strach, radość, tęsknotę, stres itp).
Jestem w stanie zrozumieć że ktoś oddaje psa czy kota do schroniska. Nigdy nie pojmę jednak tego że delikwent pakuje psiaka do worka i wyrzuca go do lasu. Wszyscy pamiętamy reportaż w którym młody człowiek zabił swojego owczarka na przejeździe kolejowym (stał na torach i czekał na pociąg. Kiedy ten nadjechał szybko odskoczył, a ufny pies nie zdążył - zginął na miejscu). Jakim idiotą i psycholem trzeba być by w taki sposób postępować?! Metody na dręczenie i zabijanie zwierząt są coraz bardziej wymyślne. Co gorsza - ci sadyści umieszczają swoje "dzieła" w sieci. Chwalą się zabijaniem. Zdrowy na umyśle, inteligentny człowiek, mający coś takiego jak sumienie tak nie postępuje. To nie wszystko. Kilka dni temu dowiedziałem się że ludzie biorą psy ze schronisk po to by oddać je.... wężom (w terrarium) na pożarcie. Są też tacy którzy wykorzystują te psy do walk. Strach pomyśleć co robią z czworonogami  które bardzo ucierpiały w walce. Pewnie lądują  po złej stronie trawnika w lesie.
Traktujemy psy jak zabawki a nie żywe istoty. Kiedy dziecko dorasta przestaje się interesować zwierzątkiem. Staje się ciężarem. Nikt nie ma dla niego czasu. Ląduje więc w schronisku (w najlepszych wypadku). To samo dzieje się kiedy nagle okazuje się że dziecko ma alergię na sierść. Zwierzaka usuwamy również gdy wyjeżdżamy na wakacje i nie mamy go z kim zostawić. Jego cierpienie i tęsknota jest niewyobrażalna. 
Dlaczego tak świrujemy? Dlaczego jesteśmy tacy okrutni wobec zwierząt? Skąd w nas tyle sadyzmu i agresji? Myślę że tak zachowują się ludzie mający zaburzenia psychiczne. Ludzie zakompleksieni, niedowartościowani, słabi. Nie potrafią współżyć z ludźmi. Nic im nie wychodzi. Zostali kiedyś bardzo skrzywdzeni. Wyładowują złość na istotach słabszych i milczących. Tak się zachowują osoby których nazywam kalekami życiowymi.
Temu wszystkiemu sprzyja zbyt łagodne prawo. Agresorzy czują się bezkarni. Wiedzą że w sprawach dotyczących złego traktowania zwierząt sąd ukarze ich co najwyżej grzywną.
Temu pogłębiającemu się zjawisku można jednak dość skutecznie zaradzić. Bardzo istotni jesteśmy tu MY - zwykli obywatele. To MY jesteśmy naocznymi świadkami takich zachowań. To MY nakrywamy agresję na gorącym uczynku. Reagujmy,  piętnujmy i nagłaśniajmy. Nie bójmy się zemsty. Ci idioci są słabi i mocni tylko w  gębie. Dla takich idiotów nie ma nic gorszego niż upublicznienie wizerunku i utrata wiarygodności w oczach chociażby pracodawcy.
Także politycy powinni bardziej zaangażować się w sprawy zwierząt. Obecne ustawy nie są dobre. Przepisy należy zaostrzyć. Więcej spraw winno kończyć się więzieniem, a nie grzywną. Same grzywny też powinny być dużo większe. Politycy i samorządy powinny współpracować z towarzystwami, fundacjami i organizacjami pozarządowymi walczącymi z przemocą wobec zwierząt. Ich działania powinny być oparte na wzajemnej współpracy i skoordynowanych działaniach.
Media już prowadzą różne akcje. Warto im pomóc. Istotna jest też edukacja. Już w szkołach podstawowych powinno się wpajać dzieciakom jak należy traktować zwierzęta. Młodzież zamiast się nudzić na godzinach wychowawczych mogła by mieć zajęcia dotyczące pupilów. Należy promować wolontariat i uczyć odpowiedniego reagowania na widok agresji. Schroniska i wszelakie fundacje potrzebują gotówki. Nie przechodźmy obok nich obojętnie. 
Unia Europejska wymusza na nas unowocześnianie farm i hodowli. Można nawet dotację na to dostać. Nadal niestety wielu nie chce się do dostosować do unijnych wymogów. Łamane są wszystkie możliwe przepisy dotyczące wielkości klatek czy optymalnej ilości przewożonych zwierząt. Tu też trzeba reagować. Nie przejmujmy się nie znajomością konkretnych artykułów. Służbom wystarczy przeważnie nasze podejrzenie.

Nie unikniemy wywozów zwierząt na rzeź (w końcu uwielbiamy mięsko). Nie unikniemy również oddawania psów/kotów do schronisk jednak nawet to można robić godnie. Ostatnia droga zwierzęcia nie musi być bolesna. Jeżeli już musimy zabić zwierzę to zróbmy to humanitarnie. 
Moi drodzy, raz jeszcze powtarzam - REAGUJMY na agresję wobec czworonogów. Zaostrzmy prawo i skuteczniej je egzekwujmy. Walczmy ze społeczną znieczulicą. Zwierzę to żywa, czująca istota. Poza tym bez nich nie będzie i nas.
Wiele już w tej kwestii zrobiono jednak to nawet nie połowa drogi do pokonania tego problemu. Pomagajmy zwierzakom. W końcu jesteśmy istotami mądrzejszymi od nich. Wykorzystajmy to. One nie potrafią wzywać pomocy.

Gdzie ci mężczyźni?

W epoce totalnej anarchii w sztuce, mediach i modzie w której by zaistnieć trzeba szokować, przełamywać stereotypy, być odważnym, pewnym siebie, wyrastać ponad przeciętność oraz wykraczać poza etyczno-moralne normy zauważam bardzo niepokojące zjawisko. Chodzi o zanikanie w młodych mężczyznach potrzeby bycia męskim. Nigdy nie byłem za tym by faceci kreowali się na brutalnych, niedogolonych i umięśnionych macho. Chodzi o coś innego. Mam wrażenie że panowie coraz częściej czują się źle w swojej skórze. Zaczynają eksperymentować, malować oczy, paznokcie, nosić buty na wysokim obcasie. Próbują jednocześnie wywalczyć bardzo smukłą sylwetkę (popadając czasem w anoreksję) by wejść w damskie, obcisłe nieraz ubrania. Kreują się na kobiety. Nie wiem dlaczego tak się dzieje ale dla mnie jest to nienormalne nawet wtedy kiedy chodzi tylko o lans i zdobycie sławy. Dlaczego nie mogą imponować czymś innym? Może nie mają talentów? Może poza wyglądem (szatą która nie zdobi człowieka przecież) nie mają nic do zaoferowania. Robienie z siebie kobiety to rozpaczliwa, ostatnia deska ratunku. Ostatni sposób na to by taki desperat mógł zaistnieć.
Tacy ludzie kręcą filmiki z sobą w roli głównej, opowiadają głupoty, poruszają tematy tabu i chcą na siłę szokować. Nie przejmują się negatywnymi, nieraz bardzo ostrymi komentarzami. Nie ważne jak mówią. Ważne że mówią. Liczy się ilość wejść na stronę/profil i ilość kliknięć w "lubię to". Jestem zawsze ciekawy co na to rodzice tych delikwentów. Wszyscy znamy panów pokroju Madox, Michał Szpak, Luntek czy Marcin Boronowski. Większość z was pewnie ich zna. Kto nie zna pewnie i tak za chwilę skorzysta z Google więc daruję sobie charakteryzowanie. Dobrze kiedy za tym idiotycznym lansem idzie coś jeszcze np. inteligencja, talent jak w przypadku Szpaka czy Boronowskiego. Gorzej kiedy na durnych wygłupach w internecie się kończy (Luntek i jemu podobni). Na prawdę dziwię się że tylu ludzi aprobuje takie zachowania. Jestem tolerancyjny. Lubię oryginalność, inność i odwagę w wyrażaniu siebie. Rozumiem młodzieńczy bunt i potrzebę bycia wyjątkowym. Jedak wszystko ma swoje granice. Nieumiarkowanie jest nie dobre wszędzie. Facet ma być facetem. Ma się odpowiednio zachowywać, ubierać. Ma wyznaczone konkretne role. Dobrze wiecie o co mi chodzi. Nie chcę uchodzić za konserwatywnego sędziego i strażnika moralności. Nienawidzę przesady i przesuwania granic.
Uważam że jeżeli młody chłop zaczyna robić z siebie kobietę to coś z nim jest nie tak. Ma jakieś problemy z samoakceptacją lub zaburzenia osobowości. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Niepokojące jest to że takich jest coraz więcej. Źle również że ciągle mają oni pożywkę w postaci komentarzy internautów. To ich siła napędowa. Powód do dalszych wariacji.
Ci mężczyźni chwalą się tą odmiennością. Na siłę eksponują ubiór, makijaż, kobiece ruchy. Nawet mówią w inny sposób. Na pierwszy plan wysuwają swoją zniewieściałość.
Obrzydliwe. Ludziom przestaje odpowiadać podział na dwie płcie. Prawdziwi faceci powoli wymierają. Umięśniony brutal przestał być modny. Jest obciachem. Nastała era pań z genitaliami.
Myślałem że na metroseksualizmie się skończy. Że panom wystarczy żel na głowie, trzy prysznice dziennie i pomadka na usta. Niestety myliłem się.
Nadchodzi seksmisja panowie.
Na zdjęciu powyżej: Madox (Marcin Majewski).

Wyznawcy newsa

Codziennie oglądamy serwisy informacyjne i programy publicystyczne. Czasem nawet na kilku kanałach by wiedzieć o świecie jak najwięcej. By być na bieżąco. Współczesny człowiek żyje newsami. News dominuje w pracy, pociągu autobusie, szkole, domu. New kształtuje nasze relacje. Reżyseruje niejako nasze rozmowy. Stanowi punkt wyjścia każdego spotkania.
Ma też niestety wady bowiem lubi poróżnić czego świetnym przykładem są internetowe fora.
News'a najpierw się czyta, potem komentuje, a dopiero na końcu analizuje (o ile jest na to czas wszak jak wiadomo news lubi ewoluować z prędkością światła nie dając odbiorcy czasu na głębszą refleksję).
Nie macie jednak wrażenia że telewizja nami manipuluje? Że kształtuje nasze poglądy poprzez "ubieranie" newsów w różne, ciekawe ciuszki? Nie uważacie że jest to w jakimś sensie oszukiwanie mas? Że coraz mniej w tym neutralnego obiektywizmu, a coraz więcej show?
Myślę że w serwisach informacyjnych mamy za dużo półprawd, zdań wyjętych z kontekstu, przekręconych wypowiedzi i ich fragmentów. Nigdy nie wiemy przez to jak jest naprawdę ponieważ nie znamy wersji full. News jest coraz krótszy, ale jednocześnie coraz ładniej zapakowany. Dziennikarze gadają z kolesiem, potem tną jego wypowiedź na setki kawałeczków, a następnie składają je by wyszło coś kolorowego i intrygującego. Odbiorcy czyli my dostajemy ostatecznie dziwoląga. Nie wiemy ile w nim prawdy, a ile kłamstwa i majsterkowania.
Do czego zmierzam? Ano do tego że tv sprawia że nienawidzimy i besztamy człowieka za jedną wypowiedź, która mogła zostać wyjęta z kontekstu lub poddana innym zabiegom. Znamy zagadnienie tylko z jednej strony. Jesteśmy całkowicie zdani na "pomysłowość" mediów. Jesteśmy zmuszani do jedzenia tego co nam podają. Nie mamy alternatywy. Przykładem był Lech Kaczyński. Słyszałem o nim tylko złe rzeczy. Codziennie w sieci i tv nowe ośmieszające go filmiki, wierszyki, skecze. Codziennie eksponowane jego miny, gesty i wpadki. Media wykreowały go na idiotę i jednocześnie skutecznie odwróciły uwagę od chociażby programu PiS.
Po jego śmierci ujrzeliśmy tłumy ludzi pragnące oddać mu hołd. Nagle wyciągnięto rodzinne zdjęcia i filmy pokazujące jakim to dobrym był człowiekiem. Media zmieniły poglądy o 180 stopni. Postanowiono że wypadało by (na jakiś czas) wpoić Kowalskiemu że Lechu był cool.
Zobaczcie jak łatwo nami manipulować, zawładnąć rozumem. Czwarta władza to potężna i wszechmogąca siła. A szary Kowalski - marionetka. 
Co możemy zrobić? Bardzo niewiele. Po prostu trzeba brać na to wszystko przymiarkę i samodzielnie myśleć. Nie powinniśmy ślepo i bezgranicznie ufać mediom. Ich celem jest duża kasa. By ją zdobyć muszą mieć dużą oglądalność. A żeby mieć dużą oglądalność trzeba sprawić by towar był dla klienta atrakcyjny. Stąd mamy w telewizji nieraz głupie, nieobiektywne, pozbawione obiektywizmu i bezstronności show.  
Podają nam malutki, nieraz gorzki cukierek zapakowany w kilkuwarstwowy, kolorowy papierek. Przerost formy nad treścią. 
Proponowałbym także by nie oceniać polityków czy innych osób publicznych tylko na podstawie tego co o nich mówią w tv. Można się w ten sposób przejechać, pomylić i ośmieszyć. Media = zasada ograniczonego zaufania:)
Niechaj poniższy demotywator utkwi wam w głowach. Obrazuje wszystko.












Przy okazji - bardzo współczuję infoholikom którym rytm doby wyznacza pasek z tekstem na dole ekranu. Takich jest dość dużo.